Reklama


Grzegorz Guzik: Nie pudłuję specjalnie na strzelnicy ani nie biegam specjalnie słabiej od innych

28/01/2023 08:00

W bardzo dobrych nastrojach wracał z zawodów w Pucharze Świata we Włoszech Grzegorz Guzik. - W Antholz-Anterselva podejście do zawodów i "czysta głowa" zadziałały - mówi dla naszego portalu biathlonista z Juszczyna. Okazuje się jednak, że poza sprawami sportowymi toczą się również i takie, które mogą być decydujące o przyszłości Guzika w tej dyscyplinie sportowej.

Maciej Krzyśków/Sucha24.pl: Czy Grzegorz Guzik, gdyby został wybrany na szefa Polskiego Związku Biathlonowego, byłby zadowolony z wyników osiąganych przez reprezentantów Polski w tym sezonie?

Grzegorz Guzik: - Kadra jest w przebudowie, powstaje od podstaw. Z tego powodu trudno na dziś oczekiwać stabilizacji i co za tym idzie, odpowiednich wyników. To pierwszy rok wytężonej, ciężkiej pracy po igrzyskach olimpijskich w Pekinie. Wszyscy odczuwamy duże obciążenia treningowe i wiemy, że przez kolejne 2-3 lata będą jeszcze większe. Wszystko po to, żeby zbudować wytrzymałość, wydolność i żeby nastąpiła stabilizacja. Kadra jest młoda, jeżeli chodzi o dziewczyny i 50-60 procent części męskiej kadry. Oprócz mnie i Andrzeja (Kubieniec-Nędza - przyp. red.), nikt nie ma "trójki" z przodu. To zawodnicy w przedziale wiekowym 21-25 lat, którzy muszą swoje odpracować. My również, ci bardziej doświadczeni zawodnicy dużo pracujemy i nie uważam, żeby w naszym wieku było to coś złego, dziwnego czy niespotykanego. Czy jako prezes byłbym zadowolony? W analogicznym okresie rok temu jako reprezentacja męska mieliśmy około 1100 pkt w Pucharze Narodów. Tymczasem dziś mamy ich ponad 2000. Miejsca są dużo lepsze, sztafeta praktycznie zawsze kończy bieg nie licząc minionego weekendu, gdy ściągnięcie nas z trasy było bardzo dyskusyjne. Nasz zawodnik wybiegł już ze strzelnicy, nikomu to nie przeszkadzało. Nie składaliśmy jednak protestu, zostało więc miejsce czternaste. Był to niezły wynik porównując do poprzedniego czy dwóch ostatnich lat. W tamtym czasie komentarzem do naszego czternastego miejsca czy dziesiątej pozycji byłoby słowo niemożliwe. Teraz jest to realne miejsce, a powinno być jeszcze lepsze. Jako prezes byłbym zadowolony, że wszystko idzie w dobrym kierunku i dołożyłbym wszelkich starań, żeby jeszcze bardziej poprawić trenującym warunki.

Reklama

Nieprzypadkowo wspomniałem o funkcji prezesa zarządu PZBiathlonu, bo rok temu wystartowałeś w konkursie na to stanowisko.

- Po tym, jak prezes Zbigniew Waśkiewicz nie uzyskał absolutorium, nie było żadnego kandydata na to stanowisko. Dopiero podczas drugiej sesji, która miała miejsce miesiąc później, kandydatów było już trzech: aktualna pani prezes Joanna Badacz, Adam Kołodziejczyk i ja. Przed wyborami trener Kołodziejczyk zdecydował, że jednak nie wystartuje.

Jak do tego doszło, że wystartowałeś w wyborach?

Reklama

- Moja kandydatura została zaproponowana przez prezesa Waśkiewicza, przez Justynę Kowalczyk-Tekieli, której bardzo zależało, żeby związkiem rządził ktoś nowy, z innym spojrzeniem i wizją. Byłoby to dla mnie ciekawe wyzwanie. Jestem od wielu lat w sporcie, widziałem bardzo dużo i po to też skończyłem studia i poszerzam swoją wiedzę, żeby móc ją kiedyś wykorzystać. Gdyby nie to, że klub z Kościeliska nie przyjechał na wybory, to tych głosów miałbym o 9-10 więcej (głosowało łącznie 34 osoby, Joanna Badacz otrzymała 28 głosów). Cieszę się, że otrzymałem taką propozycję, bo poczułem się doceniony, wyróżniony. Ktoś uznał, że mogę w przyszłości zrobić coś dobrego dla biathlonu

Może za dziesięć lat?

Reklama

- Nie wiem. Na dziś wyleczyłem się z tego wszystkiego. To jeszcze nie jest ten czas i to miejsce. Jeżeli miałbym być prezesem, to musiałbym mieć dookoła siebie ludzi z podobną wizją, temperamentem i mocą sprawczą. W tej materii różnimy się od obecnego zarządu, ale nie mówię przecież, że on jest zły. Miałem inną wizję. Inna sprawa, że osoby wchodzące w skład obecnego zarządu dobrze się dobrały.

Wróćmy do spraw stricte sportowych. Spotkała was zmiana nie tylko w zarządzie, ale też na stanowisku trenera. Został nim Rafał Lepel. Wielokrotnie mówiłeś w wywiadach, że brakuje Ci na tym polu stabilizacji i ceniłeś sobie współpracę z norweskim trenerem Andersem Bratlim.

Reklama

- Każdy trener potrzebuje czasu. Musi być zachowana ciągłość, a w tym sporcie nie da się zrobić postępów z roku na rok, z tygodnia na tydzień. W tym momencie mamy trenera, który pracował wcześniej w kadrze młodzieżowej i zawodnicy, którzy z tej kadry trafili do seniorów, mają już zachowaną wspomnianą ciągłość. Starsi zawodnicy wdrażają się w trening. Nie można tego przerywać po roku, praca musi być kontynuowana. Każdy sport potrzebuje cierpliwości. Możemy spodziewać się tego, że będą lepsze i gorsze momenty, jeżeli chodzi o wyniki, ale nie można często dokonywać zmian na tym stanowisku. Najważniejsze jest to, żeby wyniki były stabilne i bardziej powtarzalne.

Cierpliwości nie mają za to kibice. Prześmiewcze głosy w stylu "po co oni startują" zapewne i do was docierają.

Reklama

- Z punktu widzenia zawodnika, jest to trochę frustrujące. Po tylu latach startów, stałem się gruboskórny i nie wszystko, co słyszę, biorę do siebie. Gdybym tak robił, to nie mógłbym spać. Takie słowa mogłyby mnie urażać, gdybym się obijał na treningu, robił coś nie tak, nie dawał z siebie wszystkiego. Tymczasem zawsze na zajęciach wykonuję polecenia trenera i nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie mylę się specjalnie na strzelnicy, ani też nie biegam specjalnie słabiej, wolniej od innych. Wszystko jest efektem pracy. Jeżeli będzie ona systematyczna, to przyjdzie stabilność i lepsze wyniki. Czy polscy biathloniści są słabi? W zawodach Pucharu Świata regularnie startuje ponad 20 reprezentacji, co daje ponad 100 zawodników. Jeżeli zajmujemy miejsce dla przykładu sześćdziesiąte lub wyższe, to uważam, że to jest krok do przodu. W porównaniu do czołowych reprezentacji, nie posiadamy niesamowitego zaplecza i mamy raczej skromną ekipę. Nie możemy przebierać w gronie 50 zawodników i wybrać jednego, który mógłby zmienić innych w kadrze seniorów. Operujmy wśród zawodników, których mamy i staramy się jak najlepiej ich wytrenować. Niepochlebne komentarze piszą zazwyczaj ludzie, którzy nie wiedzą, co to jest biathlon, nigdy tak naprawdę nie byli w jego "środku", ale mają za to wyobraźnię i sądzą, że co miesiąc bierzemy pensje, a po zakończeniu kariery mamy sowite emerytury. Niestety, tak nie jest. Są przykłady zawodników, którzy kończą karierę w wieku dwudziestu kilku lat, zanim na dobre się ona zacznie. Taka jest smutna prawda, że nie mają za co trenować, nie mają stypendium, a rodziny nie stać, żeby uprawiali ten sport. Tylko garstka zawodników, którzy przez wyniki w juniorach i potem seniorach jest w stanie pozyskać sponsora i zorganizować fundusze, jest w stanie trenować. Niesamowitym przywilejem jest np. to, że ktoś jest w wojsku, może trenować, ma ubezpieczenie i comiesięczna pensję.

Nie tylko biathlonistów można spotkać w wojsku.

Reklama

- Tak, bo taka tendencja rozszerzyła się również na inne sporty. Jest wielu zawodników-żołnierzy trenujących lekkoatletykę, którzy nie muszą się martwić np. o to, czy będą mieli za co utrzymać rodzinę. Nie mam do końca takiego komfortu i muszę organizować fundusze na sezon zimowy. Cześć i chwała sponsorom i związkowi, bo gdyby nie oni, to Grześka Guzika nie byłoby już w sporcie. Z tego powodu komentarze, że mamy się świetnie, są trochę śmieszne. Sportowcy to normalni ludzie z problemami, rodzinami, którzy muszą myśleć, jak to wszystko połączyć. Najlepiej by było, gdybyśmy mogli skupić się tylko na sporcie, ale nie zawsze się ma taki komfort. Komentarze bywają frustrujące, ale osobiście mnie nie ruszają. Wiem kim jestem, co robię i trudno byłoby mi przejmować się każdym komentarzem napotkanym w sieci. Internet to miejsce, gdzie wszyscy mogą wylać swoje żale, niekoniecznie podpisując się prawdziwym imieniem i nazwiskiem.

Komentarze zatem cię nie ruszają, ale za to do przodu pchają takie starty jak ten z minionego weekendu w Antholz-Anterselva, gdy osiągasz wynik, który od lat wiesz, że jesteś w stanie osiągać, lecz wielokrotnie to się nie udawało.

Reklama

- Kiedy 11 lat temu zaczynałem przygodę z biathlonem, poziom tej dyscypliny nie był tak wyśrubowany jak dziś. Aktualnie liczą się niuanse, szczegóły, które są wyśrubowane do granic możliwości. Bieg sprinterski, a zwłaszcza pościgowy,w Antholz-Anterselva pod względem taktyki, strzelania, podejścia mentalnego, sprzętu był majstersztykiem i przyniósł dobry efekt. Wiadomo, że mogło być jeszcze lepiej pod względem biegowym i można było wyprzedzić na finiszu 2-3 zawodników. Mimo że na ostatnim strzelaniu popełniłem błąd, to cały weekend we Włoszech był moim najlepszym w historii startów w Pucharze Świata. Nie mówię o mistrzostwach świata, Europy czy igrzyskach, bo to inna bajka. W Antholz-Anterselva podejście do zawodów i "czysta głowa" zadziałały. Wykonałem swoją pracę nie narzucając sobie zbędnej presji. Czasem bywa tak, że balonik oczekiwań jest pompowany i jak coś nie wyjdzie, to głowa zawodnika staje się jeszcze bardziej obciążona.

 W jaki sposób na wynik w biathlonie mają wpływ warunki fizyczne i przygotowanie zawodnika, ale ile zależy od sprzętu, odpowiednich smarów i pracy serwismenów?

Reklama

- Wydaje mi się, że ogromną rolę odgrywają narty. Najlepsi biathloniści otrzymują nowe narty jako pierwsi, następnie sprzęt trafia do kolejnych ekip. Nie oznacza to, że w Polsce mamy zły sprzęt. Nie, ale nie jest to ten poziom, który mają np. Norwegowie. W czołowych krajach jest inny budżet na biathlon i mogą sobie na wiele rzeczy pozwolić. Trzeba też przyznać, że dużą rolę odgrywają serwismeni. Podczas ostatniego pucharu świata, narty mnie same niosły i spisywały się świetnie na każdym odcinku trasy. Czasem bywa tak, że praca serwismenów niewiele może pomóc, bo biegamy np. po sztucznym śniegu i o ile pierwsza trzydziestka ma dobre warunki, o tyle reszta musi się zmagać ze śniegiem po kostki. Na każdym kilometrze zawodnicy są spowalniani i robią się ogromne straty. Uważam, że sprzęt sportowy to 30-40 procent sukcesu, a reszta to taktyka i przygotowanie fizyczne. Ktoś inny może powiedzieć, że rozkłada się to pół na pół, a jeszcze kolejny zawodnik, że technika, biegu, wydolność to tylko 25 procent składowych końcowego wyniku.

Skoro jesteśmy przy procentach, to ile ich jest, gdy pada pytanie, że Grzegorz Guzik wystartuje w kolejnych igrzyskach olimpijskich właśnie na tym szczęśliwym dla ciebie stadionie we Włoszech?

Reklama

- Na dziś jest to pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Czekam na ważną decyzję, która mogłaby mi zapewnić spokój i dalsze trenowanie. Fizycznie czuję się w porządku i nie widzę przeszkód, żeby nie wziąc udziauł w kolejnych, czwartych już igrzyskach olimpijskich w 2026 roku. Przeszkodą są za to finanse, których brak przy dzisiejszym tempie życia i cenach sprawia, że trudno mówić o komforcie trenowania. Pieniądze zatem zadecydują o mojej dalszej karierze, przygodzie ze sportem.

 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Marek - niezalogowany 2023-01-28 12:42:32

    Przestańcie promować tego nieudacznika

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo Sucha24




Reklama
Reklama

 

Reklama
Reklama