Reklama


Sidzina. Światowiec i outsider

13/04/2020 16:30

Określenie „człowiek orkiestra” pasuje do niego jak do mało którego muzyka. Władysław Biedrawa gra z jednakową wprawą na wszelkiego rodzaju instrumentach dętych, strunowych, klawiszowych i perkusyjnych. Mówią o nim, że jednocześnie potrafi używać trzech różnych, ale on sam ze śmiechem wyznaje, że nie dorósł do legendy, bowiem obsługuje tylko dwa na raz - trąbkę i organy.

  

W rodzinnej Sidzinie Władysław Biedrawa znany jest przede wszystkim jako organista w miejscowym kościele, trębacz uświetniający ceremonie pogrzebowe i instruktor muzyczny w ośrodku kultury. Ale to wszechstronny muzyk, który grał w różnego rodzaju zespołach i orkiestrach w całej niemal Europie, a niekiedy także na innych kontynentach. Nieobcy jest mu żaden gatunek muzyczny, choć najbardziej ukochał jazz. Tęsknota za krajobrazami i zapachami, wśród których dorastał, skłoniła go, by powrócił do małej ojczyzny. Ale nie wiadomo, czy niespokojny duch nie pchnie go ponownie w odległe kraje. Jak sam wyznaje, nigdy nie potrafił zbyt długo wytrzymać w jednym miejscu. Pracę zmieniał średnio co cztery lata.

Reklama

MUZYK CYRKOWY

Po ukończeniu Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia w Nowym Sączu miał zamiar kontynuować edukację w Krakowie lub Katowicach, ale za namową kolegi wybrał Warszawę. – Potem trochę tego żałowałem i po roku chciałem nawet zmienić uczelnię, w końcu jednak postanowiłam zostać. Mimo to nadal uważam, ze powinienem był pójść na Akademię Muzyczną w Katowicach, jedyną, która miała wydział muzyki rozrywkowej, a taka zawsze najbardziej mnie pociągała, zwłaszcza jazz. Na warszawskiej nie było nawet z kim założyć big bandu, udało nam się stworzyć tylko czteroosobowy zespół. Grałem w nim na trąbce – opowiada Władysław Biedrawa.

Reklama

W Warszawie nie brakowało jednak klubów jazzowych, w których sidzinianin spędzał sporą część wolnego czasu i poznał wielu znanych muzyków, między innymi Tomasza Stańkę. Choć z przyjemnością wspomina tamte lata, po studiach nie zdecydował się pozostać w stolicy. – Nie widziałam przyszłości w wielkim mieście. Byłbym tam nikim, więc postanowiłem wrócić do Sidziny i uczyć muzyki w szkole – mówi. W rodzinnej wsi wziął ślub z miejscową dziewczyną, lecz mimo to jego plany ustatkowania się i prowadzenia nudnego życia nauczyciela spełzły na niczym. Kiedy jego promotor z Akademii Muzycznej zadzwonił i zaproponował mu grę w orkiestrze cyrkowej, Władysław Biedrawa niewiele myśląc wrócił do Warszawy. Zawsze bowiem marzył o wojażach po świecie, a taka praca dawała mu na nie szansę.

KONTRAKT W CIEMNO

Reklama

Z początku grywał w polskich cyrkach, wybierając co roku inny region naszego kraju, by zwiedzić wszystkie jego zakątki. W 1989 roku, podczas występów w Gdańsku, dostał ofertę wyjazdu do Monachium. Miał się znaleźć w składzie orkiestry jednego z największych cyrków w Europie – Krone. W owych czasach była to propozycja nie do pogardzenia. – Oczywiście przystałem na nią, ale praca okazała się niełatwa. Nie dość, że przypadła mi w udziale trudna rola prowadzenia orkiestry, to jednocześnie byłem w niej jedyną osobą grającą na trąbce. A jest to instrument, który w cyrku ma najwięcej do roboty. Poza tym co miesiąc musieliśmy mieć nowy program. Ostatniego stycznia gra się stary, zaś pierwszego lutego już całkiem nowy. A zanim się go wprowadzi, trzeba jeszcze znaleźć czas na próby z artystami cyrkowymi. Ciężko było zwłaszcza na początku, gdy żaden z nas nie znał języka niemieckiego ani nawet angielskiego. Za tłumacza służył nam stajenny, który z powodu lingwistycznej przewagi nad nami chodził dumny jak paw – kontynuuje opowieść Władysław Biedrawa. Sidzinianin szybko nauczył się porozumiewać po niemiecku i dzięki temu udało mu się zatrzymać w Cyrku Krone na dłużej. Działał w nim przez cztery sezony, w międzyczasie występując w Polsce, a jednego roku w Danii.

Pewnego razu, gdy wybrał się na piwo do monachijskiego Hofbräuhaus, poznał miejscowych muzyków, którzy poszukiwali pianisty do bawarskiej orkiestry. – Zapytali, czy umiem grać na instrumentach klawiszowych. Gdy przytaknąłem, powiedzieli, abym przyszedł następnego dnia, a podpiszą ze mną kontrakt. I rzeczywiście to zrobili, nie sprawdzając nawet, jak radzę sobie na pianinie! Wcześniej słyszeli tylko moją grę na trąbce i widzieli, że doskonale czytam nuty – wspomina Władysław Biedrawa. Orkiestra grywała w czasie licznych wydarzeń w całych Niemczech i poza ich granicami. Specjalizowała się zwłaszcza w obsłudze imprez odbywających się w ramach Oktoberfest, czyli dożynek chmielnych wywodzących się z Bawarii, lecz organizowanych obecnie w wielu krajach. Sidzinianin był z nią w różnych częściach Europy, a nawet w Brazylii i Stanach Zjednoczonych.  

Reklama

STRACH PRZED TSUNAMI

Po czterech latach nadszedł czas na kolejną zmianę. Władysław Biedrawa wrócił do Sidziny, gdzie zrobił sobie roczną labę. – Jakoś nigdy nie musiałem starać się o pracę, zawsze to ona mnie szukała. Zatem gdy nikt nie dzwonił do mnie z żadną ofertą, ja również nie podejmowałem kroków, by coś sobie znaleźć. W końcu propozycje same zaczęły napływać. Z domów kultury i nie tylko. Podjąłem się prowadzenia orkiestr dętych w całej okolicy, młodzieżowego big bandu w Jordanowie, grywałem też na weselach. Aż w dwa tysiące piątym roku znowu pojawiła się możliwość wyjazdu za granicę, tym razem na Majorkę, do miejscowości Paguera – opowiada muzyk.

Reklama

W Sidzinie był już wtedy osiem lat, co wydawało mu się nieprawdopodobnie długim okresem, toteż bardzo chętnie skorzystał z nadarzającej się okazji zmiany otoczenia. Tym bardziej, że na Majorce miał zarabiać grając w zespole jazzowym, czyli robiąc to, co lubił najbardziej. – Zamieszkałem tam nad samym morzem, praktycznie na plaży. Trudno mi się było do tego przyzwyczaić. Z początku miałem koszmary, że nadejdzie tsunami i nas wymiecie, zanim zdążymy choćby pisnąć – ze śmiechem mówi Władysław Biedrawa.

Kontrakt opiewał na rok, ale ponieważ znacznie wcześniej doszło do rozłamu w zespole, przygoda zakończyła się już po czterech miesiącach. Dla wszystkich prócz sidzinianina. Choć dostał bilet powrotny do kraju, nie zdecydował się z niego skorzystać. – Był dziesiąty czerwca, lato dopiero się zaczynało. Uznałem, że zasłużyłem na wakacje w gorącym klimacie. I zostałem na… pięć lat, z roczną przerwą na wyjazd do Francji, gdzie znów grałem w cyrku – relacjonuje Władysław Biedrawa.  

Reklama

KONCERT Z PLÁCIDO DOMINGO 

Na Majorce imał się różnych związanych z muzyką zajęć. Najpierw zatrudnił się w klubie nocnym jako wokalista. - Nie mam wielkiego głosu, ale jeśli muszę, to śpiewam. Na przesłuchaniu w tym lokalu zrobiłem na tyle dobre wrażenie, że mnie przyjęli. A potem dzięki różnym znajomościom zasiliłem kilka zespołów, toteż w prawie każdy dzień tygodnia grałem gdzie indziej, z innymi muzykami. Przeważnie w hotelach, choć z grupą klezmerską występowałem też na festynach. Zatrudniłem się również na pół etatu w sklepie muzycznym jako stroiciel fortepianów. Ale wytrzymałem tam tylko dziewięć miesięcy, bo było to bardzo nudne zajęcie – wyznaje sidzinianin.

Reklama

Przeżył tam również flirt z muzyką klasyczną – grał w orkiestrze symfonicznej i śpiewał w chórach. Wystąpił w dwóch operach Giuseppe Verdiego: „Traviata” i „Aida”. Jednym z najważniejszych wydarzeń kulturalnych, w których wziął udział w owych czasach, był koncert wybitnego tenora Plácido Domingo w stolicy Majorki. – Śpiewałem wówczas z chórem filharmonii w Palma de Mallorca. W orkiestrze też było paru Polaków. Jak pamiętam, pierwszą skrzypaczką była pani Basia z Sosnowca, a na kontrabasie grał muzyk imieniem Wojciech. Plácido Domingo okazał się bardzo sympatycznym, niezmanierowanym człowiekiem, żartownisiem, łatwym we współpracy. Ale nie mam żadnego zdjęcia z nim ani jego autografu, bo nie kolekcjonuję takich pamiątek. Nie przywiązuję do tego wagi, gdyż w czasie moich podróży spotkałem wiele znanych osób, a także mnóstwo muzyków, którzy nigdy nie zdobyli dużej popularności, lecz grali lepiej niż niejeden z tych najsławniejszych – wspomina sidzinianin.

NARODZIĆ SIĘ NA NOWO

Reklama

W każdym kraju, w którym pracował, Władysław Biedrawa szybko zaczynał się czuć jak u siebie w domu. Z łatwością przychodziła mu nauka języków i nawiązywanie kontaktów z cudzoziemcami, wszędzie delektował się lokalnym smakami, widokami i zapachami. Zawsze jednak chętnie wracał do Sidziny, by nacieszyć się towarzystwem najbliższych i przyrodą rodzinnych stron. Wydaje się, że osiadł w tej wsi już na dobre, gdyż od lat pozwala sobie tylko na krótkie wyjazdy zagraniczne. Z jednej strony cieszy go ta stabilizacja, z drugiej trochę męczy. - Czasami wydaje mi się, że najchętniej zrezygnowałbym z imienia i nazwiska, bo za nimi ciągnie się historia i wyjechałbym stąd, by niejako narodzić się na nowo – wyznaje. Choć bowiem Sidzina jest bliska jego sercu, pozostaje w niej outsiderem, zawsze trochę odstającym od innych mieszkańców wsi, nie angażującym się w lokalne sprawy, nie dającym się wciągać w miejscowe plotki i spory.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo Sucha24




Reklama
Najnowsze wiadomości