Gdy 25 lat temu Agata Wróbel podnosiła srebrny medal na Igrzyskach w Sydney, to jeszcze niewielu mieszkańców naszego regionu wiedziało, że tuż za granicą powiatu mieszkała nowa medalistka olimpijska. O 19-latce z Jeleśni usłyszała wtedy cała Polska. Powiat suski tylko raz znalazł się jeszcze tak blisko krążka najważniejszej imprezy sportowej - jeleśnianka z Aten wróciła z brązem. Po trzech latach od greckich Igrzysk Agata Wróbel zniknęła z medialnych nagłówków.
Ćwierć wieku po swoim największym sukcesie utytułowana sztangistka wróciła z inną historią. Sportsmenka po raz pierwszy i ostatni zdecydowała się na opowiedzenie swojej codzienności wśród sław sportu. Nie zawahała się też podzielić wspomnieniami z trudnej rzeczywistości, gdy hale sportowe zamieniła na hale fabryczne.
20 sierpnia ukazała się autobiografia „Agata Wróbel. Ciężar życia”. Jej współautorem jest Mateusz Skwierawski, mający na swoim koncie wywiady przedstawiające życiowe historie sportowców z różnych dyscyplin. Zaufanie, którym został obdarzony przez rozmówczynię, pozwoliło na partnerstwo w rozmowie o cenie sportowej rywalizacji i jej konsekwencjach. Na taką szczerość pozwalają sobie nieliczni medaliści. Książka Wydawnictwa SQN dostępna jest w księgarni LaBotiga.pl.
W dzieciństwie przeżyła rzeczy, o których chciałaby zapomnieć. „Będziesz nikim” – słyszała wielokrotnie, nawet w domu rodzinnym. Te doświadczenia naznaczyły ją na zawsze. Mimo to już jako nastolatka stanęła na podium olimpijskim. Minęło ponad dwadzieścia lat od jej największych sukcesów i wciąż jest najbardziej utytułowaną polską sztangistką.
Agata Wróbel pojawiła się w polskim sporcie nagle, wyważyła drzwi, momentalnie stała się zawodniczką światowej klasy, mimo że wcześniej przerzucała tylko kamienie w rzece. Równie nieoczekiwanie zeszła ze sceny. Na swoich zasadach, po angielsku. Po prostu zniknęła.
- fragment oficjalnego opisu z okładki.
Była sztangistka nie ukrywa przed czytelnikami trudnych wspomnień z dziecięcych lat w Jeleśni. Bez młodości spędzonej w niewielkim domu na Żywiecczyźnie lat 90-tych nie byłoby jednak dwóch krążków olimpijskich. Brak wygód utrwalał życiową zaradność. Obecność najbliższych pomagała po powrotach ze szkoły, gdzie nie znajdowała zrozumienia ze strony rówieśników. Agata Wróbel przed ukazaniem się biografii od lat nie utrzymywała kontaktów ze społecznością Jeleśni.
W domku cztery i pół metra na pięć gnieździliśmy się w dwanaście osób. Żyliśmy tak przez czternaście lat. Obok stała stodoła, chodziły owce. Mieliśmy gęsi, króliki, nutrie, kurczaki. Dziadek od strony mamy miał ponad sto owiec i baranów. Zaganiali je na szczyt znajdującej się za gospodarstwem góry z chatką pośrodku. Nie pamiętam tego dobrze, ale choć na dwudziestu kilku metrach było nas sporo, to tamte czasy kojarzą mi się z rodzinnym ciepłem. Było ciasno, oj tak. Ale zawsze ktoś ci pomógł. Musieliśmy pomieścić się w dwóch pokojach. Salon zajmowała siostra mamy, Renia, z mężem Bronkiem i trzema córkami. Mieli tam piec do grzania wody. Dziadkowie żyli w kuchni. Przy ścianie były dwa łóżka, które oddzielał biały kredens. Dziadek trzymał w nim formy do oscypków. Na drugim końcu kuchni stał piec kaflowy na węgiel drzewny. Babcia piekła na blaszce ziemniaczane talarki – palone, cienkie plasterki, które posypywała solą. Ale to smakowało!
Z mamą, ojcem, bratem i siostrą Agą zajmowaliśmy najmniejszy pokój, bez pieca, ale za to z małym oknem na plac. Spałam na zmianę z mamą i babcią. Zmieniałyśmy się z Agnieszką, ale ona najczęściej kładła się w kuchni do łóżka u dziadków. Ktoś może powiedzieć, że żyłam w warunkach polowych. To fakt, nie miałam nawet własnego łóżka. W naszym pokoju było pięć spań, w tym łóżeczko. Jeden mebel miał dwie funkcje. Na górze półki wyciągało się nogi i w zależności od potrzeby – składaliśmy stół albo łóżko. Dom zmieniał się nocą w obóz harcerski. Ale moja Jeleśnia do dziś jest jedynym miejscem, w którym nie czuję strachu i przesypiam całe noce. Nigdy się tam nie bałam, że ktoś zapuka do drzwi czy się włamie. Najlepiej czułam się wśród bliskich, miałam poczucie bezpieczeństwa.
Nie lubiłam jedynie nocnych spacerów do łazienki. Od zawsze bałam się chodzić po ciemku. Łapałam mamę za rękę i mocno ściskałam. Dochodziłyśmy do drzwi. Zapalała światło na ganku, żeby rozeszło się na podwórko. Nieraz zostawała na schodach, jedynie nieco wychylała głowę zza drzwi, by nie wychodzić na ziąb w piżamie. – No idź, jestem tu. Idź! wołała. A ja co kilka kroków zerkałam, czy mama faktycznie jeszcze tam stoi. Musiałam przejść aż do samego ogrodzenia, by się załatwić. Z każdym metrem światło było coraz słabsze, ale sięgało płotu za domem. To tam stał ustęp – drewniany kibelek, wiejska wersja toi toia. (…)
Na dwór kursowałam też po wodę ze studni. Kręciłam korbką, aż wiadro na łańcuchu wjechało na górę. Źródlana woda zastępowała nam lodówkę. Latem babcia sama ubijała masło i żeby się nie roztopiło, zanurzała je w wiadrze schłodzonym przez źródło. Ubrania też praliśmy w wiadrze, ale najczęściej w rzece. Płukaliśmy w niej większe rzeczy, jak na przykład pościel, bo trudno było ciągle zmieniać wodę. Po kilku latach tata kupił Franię, czyli pralkę z wyżymaczką na korbkę. Wlewałam wrzątek do środka, a wirnik, taki duży wiatrak na spodzie, kręcił bębnem. Wodę odprowadzaliśmy wężykiem do miski. Po praniu szłam z ubraniami na płukanie w przezroczystym nurcie. Przynosiłam mokre rzeczy z powrotem do domu i wkładałam jedną sztukę za drugą w wyżymaczkę zamontowaną nad bębnem. Walcowałam ubrania pokrętłem, dopóki woda przestawała z nich kapać.
W swoim pokoju nie mieliśmy pieca i grzaliśmy wodę w garnku u dziadków na palniku. Przygotowywałam ją na pranie lub kąpiel. Myliśmy się każdy u siebie. Wystarczyło trochę ciepłej wody i okrągła miska, która służyła również do innych czynności, na przykład przenoszenia rzeczy lub prania. Jak byłam mała, to myłam się przy mamie. Gdy podrosłam, rodzina wychodziła z pokoju, bym mogła mieć trochę prywatności. Nabierałam wody w obie dłonie, moczyłam skórę, a moje ciało było jak nowe. Wodę z miski wylewaliśmy na plac. Później myliśmy się już w metalowej balii, a wodę grzaliśmy długą, półmetrową grzałką.
Miałam jedenaście lat i potrafiłam gotować. Były czasy, że w kuchni dziadków brakowało nawet masła w wiaderku. Szłam wtedy do lasu nazbierać grzybów na sos do placków ziemniaczanych albo na zupę. Świetna sprawa korzystać z dobroci natury, a jedzenie z pola było przepyszne. Ogórki, które sadziła mama, chrupały jak marchewki. Zrywałam je i od razu jadłam. Chodziłam do ogrodu po rzeczy na kanapki. Brałam sałatę albo lubczyk do rosołu. Smakowały wybornie, bez tej chemii i nawozów. Z ojcem zbieraliśmy też poziomki na naleśniki. Coś fantastycznego – pachniały niezwykle intensywnie. Nawet teraz czuję ich smak.
Chodziłam z tatą na ryby łapać pstrągi „na rękę”. To znaczy tata wyjmował je z wody, bo ja się bałam, że coś mnie ugryzie. Stałam z boku i wyglądałam cienia pod powierzchnią. – Patrz, Agatka, poszedł pod kamień – mówił tata ściszonym głosem. Następnie zbliżał się ostrożnie. Zanurzał dłoń do łokcia, bardzo powoli. Można było odnieść wrażenie, że to woda przybiera, a nie ojciec wsuwa rękę. Nagle wykonywał szybki ruch i ryba była jego. Ja łapałam wędką mniejsze sztuki. Nabijaliśmy je na patyk i piekliśmy na ognisku.
Nie było u nas podziału obowiązków. Na wsi zasady są proste: robisz wszystko, a jak nie umiesz, to musisz się nauczyć. Rąbałam drewno tak samo jak mama. Sadziłam i zbierałam ziemniaki. Jeździłam kosić siano. Ostrewki się robiło – to takie ociosane gałęzie drzew, które stawia się do góry, jak namiot. Służyły na przykład za stojak na siano. Wiązałam snopki, młóciłam zboże, oddzielając ziarna od słomy. Pomagałam w domu, ale i w okolicy, żeby przy okazji zarobić na lody czy oranżadę. Chodziłam sąsiadom po zakupy i dostawałam drobne „za drogę”. Tak się u nas nazywało nagrodę za przyniesienie komuś pełnej torby ze sklepu. Sąsiad wołał na przykład przez płot: – Przyjdź jutro, pomożesz! To przychodziłam. W Jeleśni znaliśmy się wszyscy. Zebrałam sąsiadowi ziemniaki i później dostawaliśmy do domu poczęstunek: ciasto, jajka, mleko. Jestem nauczona pracy, jak to dzieciaki na wsi. Praca i pomoc przy gospodarstwie były równie ważne, co nauka. Może nawet ważniejsze.
Powyższy fragment (użyczony za zgodą Wydawnictwa) pochodzi z książki Agaty Wróbel i Mateusza Skwierawskiego „Agata Wróbel. Ciężar życia. Autobiografia”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa SQN. Książkę zamówisz w internetowej księgarni sportowej LaBotiga.pl.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze