Franciszek Kozina – podczas II wojny światowej był kurierem, zajmującym się przeprowadzaniem polskich oficerów przez granicę na Słowację, więzień niemieckiego obozu Auschwitz – Birkenau nr 986 oraz obozu w Buchenwaldzie.
Urodził się 12 kwietnia 1913 roku w Zawoi. Jego ojciec Piotr posiadał gospodarstwo. Oprócz tego zwoził drzewa z lasu, aby zarobić na utrzymanie licznej rodziny. Matka Maria z familii Dyrcz, jak większość wiejskich kobiet w tym czasie, zajmowała się wychowywaniem dzieci i pracami domowymi.
Franciszek Kozina w 1936 roku zawarł związek małżeński z Olgą Keller. Rok później na świat przyszedł ich syn Zygmunt. Kozina uczęszczał na praktykę ślusarską, ale wybuch wojny przerwał jego dalsze kształcenie. W czasie okupacji niemieckiej mieszkając w Zawoi na pograniczu polsko – słowackim i doskonale znając te tereny, był kurierem który, przeprowadzał polskich oficerów przez granicę na Słowację.
Kozina aresztowany został w Wielką Sobotę 1940 roku i osadzony w więzieniu w Czarnym Dunajcu, ponieważ u jednego z warszawskich oficerów, którego pojmały oddziały niemieckie, znaleziono w mundurze kartkę z nazwiskiem Kozina. Podczas licznych przesłuchań Niemcy poddali Franciszka konfrontacji z ujętym oficerem. Ten jednak wyparł się jakichkolwiek powiązań z Koziną. Nie miało to większego znaczenia, ponieważ hitlerowcy nie dali temu wiary i Franciszka przewieźli z Czarnego Dunajca do więzienia przy ulicy Montelupich w Krakowie. Tutaj Niemcy chcieli, aby sam przyznał się do działalności kurierskiej. W tym celu zastosowali wobec niego tortury. Kozina wtedy stracił zęby oraz palec serdeczny u prawej dłoni.
20 czerwca 1940 roku Franciszka Kozinę przewieziono do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz – Birkenau, transportem Kraków – Tarnów. W obozie tym został oznaczony jako więzień polityczny numerem 986. Pracował tam najpierw w zakładzie ślusarskim, a później przy hodowli świń. W tym czasie do obozu napływało coraz więcej transportów z Żydami. Posiadali oni przy sobie biżuterię, złote monety, ukryte najczęściej w stopionych tłuszczach, plackach i chlebie. Niemcy żywność żydowską przeznaczali dla świń. Kiedy Franciszek znalazł kosztowności w pożywieniu, powiadomił o tym niemieckiego szefa komendo. Ten, nie chcąc się dzielić z nikim tymi drogimi rzeczami, polecił Kozinie, aby nie zdradzał tego faktu nikomu. W zamian za to przynosił Franciszkowi i jego kolegom lekarstwa, żywność, koce, tak bardzo potrzebne do przetrwania. W obozie Kozina przeszedł dwie choroby: tyfus plamisty i żółtaczkę zakaźną. W związku z tym jest notowany w książeczkach szpitala obozowego (HKP20) pod datami 12 października 1942 roku i 14 października 1942 roku.
Pod koniec wojny, gdy zbliżał się front, okupanci zaczęli wysyłać więźniów z obozu Auschwitz – Birkenau do innych położonych na terenie Niemiec. Kozina przewieziony został do obozu w Buchenwaldzie dopiero 29 września 1944 roku, tylko dlatego, że ów szef komando, który zabierał kosztowności, w chwili, gdy miał być wysyłany transport, aplikował mu zastrzyk pozbawiający go przytomności na dobę. Więźniów nieprzytomnych, chorych nie zabierano.
Wśród jeńców obozu w Buchenwaldzie najwięcej było Polaków i Rosjan. Więźniów tych narodowości Niemcy zatrzymywali, a pozostałych wypuszczali na wolność, po wydaniu im odpowiednich zezwoleń. Tymczasem front zbliżał się bardzo szybko. Niemcy zostali okrążeni przez wojska koalicji antyhitlerowskiej. Toteż oprawcy obozowi postanowili zgładzić pozostających przy życiu więźniów. Zapędzili ich do ogromnej stodoły, która według planów miała zostać wysadzona następnego dnia. Na szczęści jeden z niemieckich wartowników powiadomił uwięzionych o tym fakcie, otworzył im tylne drzwi budynku i kazał uciekać w kierunku pobliskiego lasu. Wkrótce pozostali Niemcy zorientowali się, co się dzieje i zaczęli strzelać do uciekających, zaś do stodoły rzucać granaty.
Wśród więźniów, którym udało się zbiec, był Franciszek Kozina. Wraz z innymi współtowarzyszami niedoli wędrował nocą, a spał w dzień, gdyż po drodze łatwo można było natrafić na niedobitki niemieckiej armii. Pewnej nocy przechodząc przez niemiecką wioskę, trafili na Polaka, który mieszkał już tam przed wojną. Ów Polak zaopiekował się nimi i zaproponował, aby zamieszkali do czasu, aż nabiorą sił w domu niemieckich wdów. Chętnie przystali na tą propozycję. Również Niemki były zadowolone, ponieważ gwarantowało im to nietykalność ze strony żołnierzy Armii Czerwonej. Wreszcie po latach głodu, uciekinierzy mogli najeść się do syta, ale wygłodzone organizmy zareagowały ciężką biegunką. Dopiero dieta i troskliwa opieka starszych pań doprowadziły do normalnego funkcjonowania.
Po latach tułaczki Franciszek Kozina powrócił do rodzinnej Zawoi. Zastał dom zniszczony , a żonę zamordowały bandy Ukraińskiej Powstańczej Armii. W październiku 1945 roku Kozina zawarł po raz drugi związek małżeński. Tym razem z Janiną z domu Mazur. Mieszkali najpierw w Zawoi, później w Witoszowie, na ziemiach odzyskanych, następnie w Makowie Podhalańskim.
Przeżycia wojenne i wyniszczenie organizmu spowodowały, że Franciszek Kozina od dłuższego czasu chorował przewlekle na serce. Przeszedł dwa jego zawały, a w lipcu 1970 roku dostał wylew, którego już niestety nie przeżył. Zmarł 26 lipca 1970 roku, w wieku 57 lat.
Zadośćuczynienie
Nie żadni naziści
ale Niemcy są odpowiedzialni
za miliony ofiar na świecie
holocaust bezduszny
i materialne straty.
Niech pomyślą w końcu
tak z serca po ludzku
o zadośćuczynieniu Polsce
za wyrządzone krzywdy.
Działania reparacyjne trzeba
podjąć też w stosunku do Rosji.
Z obu państw odszkodowania
bezsprzecznie się nam należą.
Kazimierz Surzyn
Źródła:
K. Surzyn, Kurier z Zawoi, Głos Podbeskidzia, nr 7/2005, s. 43.
Wspomnienia rodzinne Kozinów.
K. Surzyn – zbiory wierszy, 2022.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!