Dziesiątki mniejszych i większych rollercoasterów, park wodny, pokazy kaskaderskie, to wszystko i wiele więcej oferuje w sezonie letnim swoim gościom położony w Zatorze park rozgrywki Energylandia. 26 listopada rozpoczął się w nim natomiast sezon zimowy Winter Kingdom. Postanowiłem sprawdzić czy warto wybrać się do niego o tej porze roku!
Enerygylandia w letniej odsłonie zrobiła ogromne wrażenie na mojej córce, choć z uwagi na wzrost nie mogła jeszcze korzystać (i wciąż nie może) ze wszystkich atrakcji oferowanych przez park. Co kilka tygodni dopytywała czy pojedziemy jeszcze do Zatora. I tak zrodził się pomysł na mikołajkowy wypad, no powiedzmy przedmikołajkowy, bo już 26 listopada. Data nieprzypadkowa. Tego dnia rozpoczął się bowiem w parku sezon zimowy.
Otwarcie przyznam, że jechałem do Zatora z dużą ciekawością. Intrygowało mnie bowiem jaką ofertę przygotowano na zimę, a przede wszystkim czy warto w ogóle o tej porze roku oddawać się szaleństwom. Miałem wręcz obawy czy przy temperaturze kilku stopni Celsjusza jazda na rollercoasterach (wszak to gwoździe programu) może być przyjemnością. A tym samym czy warto wydać 99 zł za bilet (dla dziecka kosztuje 79), czy też lepiej poczekać jednak kilka miesięcy i dołożyć co prawda blisko drugie tyle (bilety w lecie mają kosztować 179 i 129 zł), ale jednak oddać się zabawie w promieniach słońca. Zdecydowała ciekawość i chęć zrobienia córce mikołajkowej niespodzianki. Wszak raz się żyje i trzeba z tego życia korzystać.

W sezonie zimowym Energylandia czynna jest od 11.00 do 19.00. Był zatem czas na spokojne śniadanie i niepośpieszne wybranie się. Na rozległy parking dotarliśmy około 10.30. I tu pierwsze zaskoczenie. O ile latem na pół godziny przed otwarciem bram panował już duży tłok, to tak na parkingu, jak i przed kasami tłumów nie było. Jedynym minusem było to, że nienajgorsza rano aura nieco się popsuła. Nie wiedzieć skąd pojawiła się mgła, a momentami zaczęło nawet padać. Ale kto by się tym przejmował. A tym bardziej nie moja córka, która nerwowo odliczała minuty do 11.00.

No i wreszcie… stało się. Punktualnie o 11.00 nastąpiło wielkie odliczanie. Tym razem jednak nie do wystrzelenia rakiety w przestrzeń kosmiczną, lecz właśnie do podniesienia się bram. A tuż za nimi ku uciesze dzieci i tych nieco starszych także czekały elfy witając gości krótkim układem tanecznym, wprowadzającym zarazem w świąteczną atmosferę wokół której toczy się zimą życie w Energylandii.

Będąc w Zatorze byłoby grzechem nie podnieść sobie ciśnienia i poczuć zastrzyku adrenaliny. I choć jak wspominałem obawiałem się przeszywającego ciało zima, ale jednak żądza przygody zwyciężyła. Zadra, Hyperion i Mayan zostały „zaliczone”. I ku swojemu zdziwieniu nie było tak… źle. Ba, właśnie emocje jakie towarzyszą ekstremalnym przejażdżkom rollercoasterami sprawiają, że człowiek zupełnie zapomina o chłodzie. Wręcz przeciwnie adrenalina powoduje, że robi się wręcz gorąco. Choć z drugiej strony przezornie z nasunięcia kaptura na głowę i komina na większą część twarzy nie zrezygnowałem. – Wyglądasz jak ninja – skomentowała mój wygląd córka. Zatem zimą na rollercoasterach można szaleć ile dusza zapragnie i to dosłownie. Park odwiedza bowiem miej osób niż latem, a to powoduje, że czas oczekiwania na wejście nie jest dłuższy niż kilka minut! Latem jest to zdecydowanie dłużej!
Zanim jednak oddałem się zabawie dedykowanej osobom powyżej 140 cm wzrostu skorzystałem z innych atrakcji dla tych nieco mniejszych, a córka jeszcze bardziej. Snowtubing, czyli zjazd rynną na oponie dostarczył, co tu mówić frajdy i to takiej, że nie mogliśmy sobie odmówić wykonania kilku kolejnych ślizgów. Nie inaczej było z samochodzikami elektrycznymi i małymi rollercoasterami. A jak Winter Kingdom to i obowiązkowo warsztaty zdobienia pierników i równie ciekawy kontakt z… Kopalnią Soli w Wieliczce. Tak, tak… Będąc zimą w Energylandii można poznać smak i soli, jak i pracy górnika.

Dzieci, jak to dzieci, pokłady energii mają niewyczerpane. Po krótkiej przerwie na obiad nie mogło zabraknąć wizyty u Świętego Mikołajka, a po niej dwugodzinnej zabawy na lodowisku, z którego pociechę wyciągałem wołami, bo jakby mogła to spędziłaby na nim cały dzień! Wizja spojrzenia na świat z góry jednak była skutecznym argumentem. I tak kilka minut później siedzieliśmy w cieplutkim wagoniku wielkiego Wondel Wheel, pozwalające podziwiać park z wysokości 53 metrów. A, że zmrok szybko zapada, to Energylandia zamieniła się w nie takie małe miasteczko świateł. I trzeba przyznać, że przygotowany ogród świateł robi ogromne wrażenie, pobudzając zmysły, tworząc przed gości parku swego rodzaju magiczne widowisko.

I tak nie wiedzieć kiedy upłynął dzień i trzeba było ruszyć ku wyjściu. Zanim jednak do niego dotarliśmy córka nie mogła jeszcze odmówić sobie przejażdżki na karuzeli łańcuchowej. Rzut beretem od niej ciszy dzieci, a wrażliwych na piękno oko inna karuzela – dwupoziomowa, pięknie zdobiona, bijąca blaskiem kilkuset żarówek. Karuzela jaką dorośli mogą pamiętać z lat dzieciństwa.

Wychodząc oświetloną alejką i przechodząc obok wielkiej, świątecznie przyozdobionej choinki miałem poczucie atrakcyjnie spędzonej soboty. I mogę jednoznacznie powiedzieć – było warto. Stosunek ceny biletu do ilości atrakcji, z których można skorzystać jest więcej niż satysfakcjonująca. Bez aptekarskiego liczenia samo skorzystanie z lodowiska w większym mieście oraz odwiedzenie ogrodu świateł to wydatek porównywalny z wizytą w Energylandii, a w niej atrakcji mamy przecież bez liku i czasu aby z nich faktycznie skorzystać. A jeżeli ktoś ma mniej czasu, to może odwiedzić park po 15.00. Wówczas cena biletu spada do 59 zł (49 zł bilet ulgowy).
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze