W suskich szkołach podstawowych uczy się około 800 dzieci. Gdyby jakimś zrządzeniem losu wszystkie w jednej chwili znalazły się u mieszkającego na Błądzonce Wita Mateusza Sarleja i chciały zatemperować ołówek, to… nie miałyby z tym najmniejszego problemu. Ba, każdy z nich mógłby jednocześnie naostrzyć nawet po trzy, gdyż kolekcjoner posiada w swoich zbiorach aż 2800 temperówek i to każdą inną!
Niegdyś zbierało się puszki, papierki po gumach do żucia z Kaczorem Donaldem czy gum Turbo, a nawet kolorowe karteczki. - Dziś młodzi ludzie niczego nie zbierają, choć są znaczki, monety, ołówki. To ich w ogóle nie interesuje. Może dziś sprawia to mniejszą frajdę, bo wszystko jest dostępne, wszystko można sobie kupić – mówi Wit Mateusz Sarlej, który zgromadził około 2800 temperówek, z których każda jest inna, a jeśli to ten sam model, to różni się przynajmniej kolorem. – Pięć, sześć lat temu w programie „Pytanie na śniadanie” był kolekcjoner, który z dumą chwalił się, że ma 400 temperówek. Już wtedy miałem ich 1,5 tys. – śmieje się suszanin.
Pasja zrodziła się przypadkiem
Na przestrzeni wieków wiele wynalazków i osiągnięć techniki zostało odkrytych przypadkowo. I tak też zrodziła się pasja Wita Mateusza Sarleja do zbierania temperówek. Wszystko zaczęło się w 1991 roku. Wówczas jego syn Konrad ze swoim dziadkiem, a zarazem teściem Wita Mateusza Sarleja, poszli do Banku Spółdzielczego w Suchej Beskidzkiej. Młody Konrad dopiero dorastał i sięgał brodą nieznacznie ponad bankowy blat przy okienku. I właśnie na tym blacie znajdowała się strugaczka. Miała kształt hełmu motocyklowego, a na szybce nalepkę z napisem „Bank Spółdzielczy SKO”.
Na widok niepozornej temperówki Konradowi Sarlejowi zaświeciły się oczy. A że prezesem banku była wówczas Eleonora Natanek, której mąż pracował razem z teściem Wita Mateusza Sarleja, to cenny „skarb” trafił w ręce suszanina. – Po prostu powiedziała, że jak mu się tak bardzo podoba, to może sobie ją wziąć – opowiada suski kolekcjoner, który gdy dowiedział się o „zdobyczy”, zaproponował synowi, aby zaczęli zbierać strugaczki.
Zbiory z kraju i ze świata
Wit Mateusz Sarlej początkowo z synem, a potem już samodzielnie, zaczął powiększać swoją kolekcję, poszukując nowych przedmiotów w różnych miejscach. Gdy wraz z rodziną wyjeżdżał na urlop czy nawet krótki wypoczynek, obowiązkowym punktem takiej wycieczki była księgarnia lub sklep papierniczy. – W Lesku, do którego regularnie jeździmy, jest księgarnia, w której kupują dla mnie temperówki i trzymają je, a gdy odwiedzam Bieszczady, to je odkupuję. W Krośnie był sklep papierniczy, którego również byłem stałym bywalcem, ale niestety został zlikwidowany. W Suchej Beskidzkiej w Moolu też dla mnie odkładają – opowiada suszanin.
O powiększanie się kolekcji dbała rodzina. Mieszkający w Australii bracia Wita Mateusza Sarleja przysyłali mu modele strugaczek nie tylko z Antypodów, ale również z Hongkongu. Syn Konrad, gdy przebywał w Wielkiej Brytanii, przywoził „eksponaty” z Wysp. Swoją cegiełkę dołożył Paweł Matejko, który prowadził księgarnię na suskim rynku. Z myślą o kolekcjonerze sprowadzał dla niego metalowe egzemplarze, które na tle plastikowych, gipsowych czy gumowych prezentują się zdecydowanie bardziej okazale i urzekają detalami. Tego samego nie można powiedzieć o radzieckich temperówkach na korbkę, które są dużych rozmiarów, siermiężne. I choć mają w sobie „coś”, to jednak właśnie metalowe, ale niewielkich rozmiarów przedmioty są swego rodzaju dziełami sztuki, choć zapewne wykonuje się je maszynowo. – One są przeróżne. Środki komunikacji, zwierzęta, przedmioty codziennego użytku, instrumenty muzyczne, składniki jedzenia lub całe potrawy, pistolety, globusy. Można by tak wyliczać. Niektóre nawet mają elementy ruchome. Mam model, w którym wylęgają się pisklaki z jajek, silnik z ruchomymi tłokami czy karuzelę wiedeńską – opisuje z pasją kolekcjoner, który na zakup plastikowych strugaczek przeznacza od kilku do kilkunastu złotych. Pozyskanie metalowej jest już większym wydatkiem. Ceny takich egzemplarzy sięgają 25-30 zł.
Wit Mateusz Sarlej planując zagraniczny wyjazd, musi ująć w budżecie dodatkową kwotę. – Przed każdym wyjazdem uczę się trzech słów w języku kraju, który planuję odwiedzić. Są to: woda, chleb i… temperówka – mówi z pełną powagą. Jednak nawet podróżując po kraju, trzeba mieć w głowie mały słowniczek, gdyż w różnych regionach popularna temperówka nią nie jest, a nawet nie jest strugaczką. Na Górnym Śląsku to naostrzyk, na Śląsku i Kujawach – ostrzałka, ostrzówka lub ostrzółka, na Pomorzu Gdańskim – ostrzynka, na Kociewiu – ostrzyczka, a w Wielkopolsce – oszczytko lub ostrzytko, zaś w okolicach Częstochowy – zastróżka. Nawet w Małopolsce można spotkać takie nazwy jak podstrugaczka/podstrugiwaczka (rejon Tarnowa), strugawka (Podhale), a pod Krakowem temperówka to po prostu zastrugaczka czy mniej znana zacinaczka.
Kolekcja Wita Mateusza Sarleja jest już tak bogata, że niekiedy od sklepowej lady odchodzi rozczarowany, nawet gdy pokonał kilkaset kilometrów. – Niedawno byłem w Rumunii i niemal pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, to poszedłem do sklepu papierniczego i kolekcja znowu się powiększyła. Jednak w Czechach już to mi się nie udało. Nie dość, że trudno było znaleźć jakiś otwarty sklep, bo u nich nawet w soboty bywa z tym ciężko, to jeszcze okazało się, że posiadali tylko takie temperówki, jakie już mam – opowiada o zagranicznych poszukiwaniach.
Póki co suski kolekcjoner gromadzi temperówki dla siebie, ale jak mówi, kiedyś staną się one własnością jego wnuków. – Jak przychodzą w odwiedziny i zaczynają się nudzić, to wyciągam pudełka z temperówkami i dwie godziny dzieci nie ma. Oglądają, podziwiają, dopytują. Mam nadzieję, że będą kontynuowały moją pasję – mówi Wit Mateusz Sarlej.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze