Reklama


Z Polski do Hollywood

22/02/2017 09:38

W samym centrum Suchej, niedaleko dworca kolejowego, jest mała, niepozorna uliczka Billy Wildera. W Warszawie znajdziemy ulicę Poli Negri. Skąd w Polsce ulice poświęcone ludziom związanym z Hollywood? Może to efekt ogromnego uwielbienia Polaków dla X Muzy?

Nic bardziej mylnego. To po prostu forma uhonorowania sławnych rodaków. Rozglądając się po amerykańskiej fabryce snów, znaleźć można sporo polskich tropów.

Zacznijmy od początków i nazwiska, które zna chyba każdy kinoman. Choć niekoniecznie w oryginalnym brzmieniu.

Bracia Hirsch i Aaron Wonsal (albo Wąsal, choć możliwe też, że nazywali się Wrona), urodzeni na Mazowszu w żydowskiej rodzinie, w latach 80. XIX wieku wyemigrowali z rodzicami do USA w obawie przed pogromami ludności żydowskiej. Za Wielką Wodą urodzili się ich dwaj kolejni bracia - Szmul i Izaak. Bracia na początku XX wieku prowadzili teatr w Pensylwanii, jednak wiedzieli, że to za mało. I właśnie dlatego zastawili rodzinny majątek (czyli konia i złoty zegarek po ojcu), a za zdobyte w ten sposób pieniądze kupili projektor filmowy autorstwa Edisona.

Reklama

Znany wynalazca zwietrzył oczywiście okazję do zarobku i domagał się opłat licencyjnych za korzystanie z jego wynalazku. Bracia więc, aby uciec przed płatnościami patentowymi, wyjechali do Kalifornii. Tam stwierdzili, że zamiast wyświetlać filmy - bardziej dochodowo będzie je produkować. I otworzyli własną wytwórnię, pod swoim amerykańskim nazwiskiem. Bowiem od początku życia w Stanach nie używali swoich imion czy polskiego nazwiska. Hirsch był Harrym, Aaron - Albertem, Izaak - Jackiem, a Szmul stał się Samem. Natomiast nazwisko Wonsal urzędnik imigracyjny przetłumaczył jako Warner. Co tłumaczy, dlaczego trzecia w Hollywood wytwórnia filmowa, po Universal i Paramount, została nazwana Warner Bros.

Wspomniany Paramount również ma polskie korzenie. Firma powstała z przekształcenia innej wytwórni, której jednym ze współzałożycieli był urodzony w Warszawie Szmul Gelbfisz. On sam, po odejściu z firmy, dość szybko wrócił do produkcji filmów, ale tym razem w nowym, również założonym przez siebie studiu. Któremu dał nazwę od swojego zamerykanizowanego nazwiska - Goldwyn. Co ciekawe, jego partner - Louis Meyer - też urodził się w Polsce, w okolicach Mińska Mazowieckiego. Historia kina w dużej mierze składa się z owoców ich współpracy, czyli filmów wyprodukowanych przez wytwórnię Metro Goldwyn Meyer.

Reklama

Oczywiście Polacy w Kalifornii to nie tylko producenci. To także reżyserzy. Poza znanym chyba każdemu kinomanowi Romanem Polańskim polskim reżyserem był też, wspomniany na wstępie, Billy Wilder. Urodzony w 1906 roku w Suchej, wtedy jeszcze pod zaborem, jako Samuel Wilder. Gdy miał pięć lat, jego rodzina wyjechała do Wiednia, dlatego dość długo w różnej maści opracowaniach pojawiał się jako reżyser pochodzenia austriackiego. W latach trzydziestych wyemigrował do USA w obawie przed nazistowską nagonką Tam najpierw pisywał scenariusze, ale szybko wszedł do świata filmu jako reżyser. A potem - trwająca kilkadziesiąt lat kariera, dziesiątki rewelacyjnych filmów, z pamiętnym Pół żartem, pół serio na czele, sześć oscarów… Co ciekawe, pomimo nawału pracy Billy Wilder potrafił korzystać z życia. Według słów jego przyjaciół, zawsze był czwartym do brydża, nie odmawiał partyjki ukochanego Texas hold’em oraz nie przepuścił nigdy rozgrywki w tenisa. Ani randki z ładną dziewczyną, jeśli tylko nadarzyła się okazja.

Nasi rodacy w amerykańskiej fabryce snów nadal świetnie sobie radzą. Wystarczy wspomnieć ulubionego operatora samego Stevena Spielberga, Janusza Kamińskiego. Pochodzący z podwrocławskich Ziębic absolwent Columbia College i Amerykańskiego Instytutu Filmowego zachwycił świat swoimi zdjęciami do Listy Schindlera, za które zasłużenie odebrał nagrodę Akademii. Drugą statuetkę oscara dostał za wstrząsające obrazy drugiej wojny światowej, a zwłaszcza krwawego lądowania na plaży Normandii, jakie pokazał w Szeregowcu Ryanie. Rozgłos, jaki dzięki temu zyskał, sprawił, że dziś należy do światowej czołówki operatorów filmowych.

Reklama

Oskara za pracę przy Liście Schindlera dostała także polska scenograf, Ewa Braun. Inny złoty rycerz trafił w polskie ręce dzięki Janowi A.P. Kaczmarkowi i jego niesamowitej muzyce do Marzyciela. A przecież są w Hollywood polscy filmowcy, którzy są cenieni i poważani, chociaż nie mają w swym dorobku najsłynniejszej statuetki filmowej. Chociażby Andrzej Sekuła - operator, który nie dostał się do łódzkiej filmówki na studia. Zaczynał pracę z Quentinem Tarantino, realizując jego dwa pierwsze filmu, w tym słynne Pulp Fiction. Sekuła odpowiadał także za zdjęcia do kultowego za oceanem filmu American Psycho.

To wszystko każe mieć nadzieję, że jeszcze nieraz polskie nazwisko pojawi się na liście płac amerykańskiego hitu. Że wręczający oscary jeszcze będą sobie łamać języki na dziwnych, słowiańskich nazwiskach. A w Polsce jeszcze powstanie kilka ulic “amerykańskich” ludzi filmu. Jak choćby wspomnianej Poli Negri. Która w rzeczywistości nazywała się… Apolonia Chalupec i urodziła się na terenie dzisiejszego województwa kujawsko-pomorskiego.

Reklama

I tylko jedno pytanie się rodzi po poznaniu tych wszystkich historii - dlaczego wszyscy oni znaleźli sukces w Hollywood, zamiast zbudować Hollywood nad Wisłą?

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo Sucha24




Reklama
Najnowsze wiadomości