Dzisiaj obchodzimy Dzień Stolarza – dzień, który przypomina o ważnej roli stolarzy i tokarzy w naszej codzienności. W regionie suskim tradycja pracy z drewnem kwitnie dzięki małym warsztatom i pasji takich specjalistów jak Józef Zajda, czy Andrzej Szafraniec. To rzemiosło stanowi część lokalnej gospodarki i kultury, która zasługuje na uznanie.
Dzień Stolarza obchodzimy co roku 19 marca. Data nie jest przypadkowa: tego dnia wspomina się św. Józefa, patrona stolarzy. To dobra okazja, by przypomnieć, jak ważny jest to zawód, który często „znika w tle” codzienności – choć to właśnie dzięki niemu mamy meble, schody, zabudowy i dziesiątki drewnianych detali, które tworzą klimat domów także w naszym regionie.
W powiecie suskim i w sąsiednich gminach drewniany fach ma się dobrze. Wystarczy przejechać się przez Zawoję, Sidzinę, Stryszawę czy okolice Makowa Podhalańskiego, by zobaczyć warsztaty, tartaki, stolarnie i małe firmy, które żyją z pracy w drewnie. To nie tylko tradycja, ale realna część lokalnej gospodarki.
Stolarze świętują 19 marca, bo właśnie wtedy przypada wspomnienie św. Józefa – w tradycji chrześcijańskiej kojarzonego z pracą rzemieślniczą i opieką nad rodziną. Warto też pamiętać, że rzemiosło stolarskie ma w Polsce długą historię: pierwszy cech stolarski powstał w 1489 roku w Krakowie.
Co ciekawe, „świat drewna” to nie tylko klasyczna stolarka. W tej samej branży mocno obecni są też tokarze – specjaliści od precyzyjnego toczenia elementów drewnianych, często seryjnych, wykorzystywanych później w meblarstwie, zabawkach czy wykończeniówce.
Praca z drewnem wymaga umiejętności, cierpliwości i pokory – mówią rzemieślnicy. W Dniu Stolarza rozmawiamy z doświadczonym stolarzem z Białki - Józefem Zajdą, który opowiada o swojej drodze zawodowej, o tym, jak zmieniła się branża przez lata i dlaczego drewno nie wybacza pośpiechu.
Jak podkreśla, w tym zawodzie liczy się nie tylko technika, ale też wrażliwość na materiał. Bo „drewno żyje” – pracuje, reaguje na wilgoć i temperaturę. To szczególnie ważne w naszych warunkach, gdzie zimy i różnice temperatur potrafią mocno dać się we znaki drewnianym konstrukcjom i meblom.
Druga rozmowa to historia Andrzeja Szafrańca – również z Białki – rzemieślnika, który od ponad trzech dekad zajmuje się toczeniem w drewnie. Opowiada o początkach, codzienności pracy oraz o skali produkcji, która robi wrażenie: setki tysięcy, a właściwie miliony wykonanych elementów.
To dobry przykład, że w drewnie da się połączyć rzemiosło z powtarzalnością i precyzją. I że pasja z dzieciństwa potrafi stać się zawodem na całe życie.
W dniu patrona stolarzy warto spojrzeć na swoją kuchnię, szafę, stół czy schody i pomyśleć, ile pracy kryje się w rzeczach, których na co dzień nie zauważamy. Bez pracy stolarzy i tokarzy świat wokół nas nie byłby tak funkcjonalny ani tak piękny – także tutaj, w powiecie suskim, gdzie drewno od pokoleń jest częścią krajobrazu i codzienności.
Piotr Twardowski: Zacznijmy od początku – skąd u pana wzięła się stolarka?Józef Zajda: To trochę rodzinna historia. Mój ojciec i dziadek zajmowali się stolarką, choć wtedy wyglądało to inaczej niż dziś. Ojca straciłem bardzo wcześnie, miałem sześć lat, ale z opowieści wiem, że był bardzo przedsiębiorczy. Jako dziecko kręciłem się po warsztacie, obserwowałem pracę, podpatrywałem. Można powiedzieć, że wychowywałem się w tym środowisku.
JZ: Taka prawdziwa stolarka zaczęła się w 1980 roku, kiedy poszedłem do szkoły w Kalwarii Zebrzydowskiej. Później już tego nie odpuściłem. W 1981 roku pracowałem w spółdzielni, też przy drewnie. I tak właściwie całe życie zawodowe – ponad 40 lat – związane było z tym zawodem.
JZ: To trudne pytanie. Myślę, że jeżeli ktoś nie czuje tej pracy, to robi ją źle. Dobry stolarz musi mieć w sobie coś więcej niż tylko umiejętności. Można powiedzieć – musi mieć odrobinę pasji. Oczywiście pieniądze są ważne, bo z czegoś trzeba żyć, ale ogromną satysfakcję daje to, kiedy ktoś doceni twoją pracę.
JZ: Myślę, że tak. Każda rzecz robiona rękami powinna się komuś podobać. To nie musi być od razu sztuka, to może za duże słowo, ale zawsze jest w tym jakiś element estetyki. Nawet najprostszy przedmiot powinien być „fajny” – tak, żeby ktoś chciał z niego korzystać.
JZ: Nie tylko zapłata. Oczywiście, ona jest potrzebna, ale najważniejsze jest uznanie klienta. Fajnie jest, kiedy ktoś powie: „dobrze to zrobiłeś”. A jeszcze lepiej, kiedy po czasie wraca i daje znak, że jest zadowolony. To znaczy, że robota była wykonana naprawdę dobrze.
JZ: To ciekawe pytanie, bo drewno ma swój charakter. Ono żyje. Z jednej strony jest piękne, naturalne, starzeje się razem z nami. Z drugiej – potrafi pękać, wypaczać się, zmieniać. Meble po kilkudziesięciu latach już nie są takie same jak na początku. To jest jego urok, ale też wyzwanie. Drewno niestety charakteryzuje się tym, że ono żyje.
JZ: Nie. Nawet jeśli coś się nie udało, to była nauka. Każdy błąd czegoś uczy. Patrząc z perspektywy czasu, nie zmieniłbym nic – bo to wszystko mnie ukształtowało.
JZ: Bardzo. Kiedyś na Podhalu większość ludzi żyła z drewna – bezpośrednio albo pośrednio. Dziś tych małych warsztatów jest coraz mniej. Rzemiosło zanika, a młodzi rzadziej wybierają tę drogę.
JZ: Przede wszystkim spokoju do pracy. To są często małe przedsiębiorstwa, które utrzymują całe rodziny. Dobrze by było, żeby im nie przeszkadzano, a raczej pomagano funkcjonować. Żeby nie musieli szukać dodatkowych źródeł dochodu gdzie indziej.
JZ: Zdrowia i pracy. I tego, żeby mogli spokojnie robić swoje. Żeby ta stolarka jednak nie była zażynana. Dzisiaj są to często małe przedsiębiorstwa, które utrzymują nie tylko jednego stolarza, ale nawet całe rodziny. Życzyłbym sobie, żeby po prostu nam nie przeszkadzano, a wręcz przeciwnie, uważam, że powinno nam się ułatwiać życie
Dziękuję za rozmowę
Cztery dekady pracy, doświadczenie zdobywane z pokolenia na pokolenie i głęboka refleksja nad zawodem – historia Józefa Zajdy pokazuje, że stolarka to nie tylko rzemiosło, ale także sposób patrzenia na świat.
Piotr Twardowski: Zacznijmy od początku – skąd u pana zainteresowanie pracą z drewnem?Andrzej Szafraniec: To zaczęło się jeszcze w dzieciństwie. Zaraził mnie dziadek. Pokazał mi tokarkę, pracę z drewnem i tak już zostało. Można powiedzieć, że to była taka naturalna droga. Teraz syn skończył technikum drzewne i też się tym zajmuje. Można powiedzieć, że to przechodzi dalej.
AS: Oficjalnie działalność prowadzę od 1993 roku, ale tak naprawdę robiłem to już wcześniej. Jeszcze zanim powstała firma, pracowałem przy drewnie, uczyłem się, próbowałem różnych rzeczy.
AS Nie tylko. Na początku robiłem też inne rzeczy – na przykład małe krzesełka. Miałem kontakt ze stolarstwem w szerszym zakresie. Nawet podchodziłem do szkoły stolarskiej w Makowie. Z czasem jednak wyspecjalizowałem się w toczeniu.
Andrzej Szafraniec: To jest dość monotonna praca. Można powiedzieć – robisz jedno i to samo przez cały dzień. Szlifowanie, toczenie, powtarzalność. Stolarz ma trochę więcej różnorodności – frezuje, wierci, składa. A tokarz stoi przy jednym stanowisku i robi swoje.
AS: Tak, drewno jest przyjemne w obróbce. Pracuję głównie na buku, sośnie, jaworze. Najgorszy jest dąb – ciężki w obróbce i szkodliwy. Przy dłuższej pracy potrafi nawet krew z nosa polecieć. No i bardzo tępi narzędzia.
AS: Dużo zmieniło się, kiedy zacząłem robić małe kulki – do figur szachowych. Było na to zapotrzebowanie, bo wiele osób robiło szachy w domach. I od tego się zaczęło. A później pojawiły się korale. Poznałem ludzi z Zakopanego, którzy handlowali na Krupówkach. Przyjeżdżali do mnie, brali korale, sami je barwili i sprzedawali. I tak to się rozwinęło.
AS: Zdecydowanie. Z czasem oprócz kulek do korali robiłem też inne rzeczy – uchwyty do mebli, różne elementy drewniane. Ale kulki to była podstawa.
AS: Tak, między innymi przy wydarzeniu „Święto Kobiet Gór”. Tam powstał rekordowy sznur korali. W sumie wyszło około 9 tysięcy kulek. Najpierw jedno zamówienie, potem kolejne – i tak się to uzbierało.
AS: Bardzo dużo. To już idzie w miliony. Tak, spokojnie można tak powiedzieć. Przez ponad 30 lat pracy to się zbiera.
AS: Ważny, ale jak każdy inny. Praca jest codziennie taka sama. Ale raz w roku człowiek sobie przypomina, że to jednak nasze święto.
Dziękuję serdecznie za rozmowę
Ponad trzy dekady pracy, miliony wykonanych elementów i niezmienna pasja do drewna – historia Andrzeja Szafrańca pokazuje, że rzemiosło wciąż ma się dobrze, choć – jak sam przyznaje – coraz mniej młodych chce iść tą drogą.
Drewno to dziś nie tylko tradycja, ale i poważny rynek. W Polsce w samej branży meblarskiej pracuje ponad 200 tysięcy osób, co daje nam pierwsze miejsce w Unii Europejskiej.
Trudno wskazać jedną dokładną liczbę dotycząca wyłącznie „stolarzy”, bo w statystykach zawód często miesza się z innymi specjalizacjami. Dane rynkowe pokazują jednak skalę:
• Zatrudnienie: sektor meblarski (kluczowy pracodawca stolarzy) to ok. 200–210 tys. pracowników.
• Struktura firm: rynek opiera się na dużych graczach (np. IKEA Industry, Black Red White), ale aż 95,9% firm to mikroprzedsiębiorstwa do 9 osób – czyli tysiące małych zakładów, bardzo podobnych do tych, które znamy z Małopolski i Podbabiogórza.
• Zapotrzebowanie: stolarz był wskazywany jako jeden z zawodów deficytowych w 2024 roku. Mimo spowolnienia na rynku i prognozowanych redukcji (ok. 5 tys. etatów w 2024 r.), fachowcy nadal są intensywnie poszukiwani.
To sytuacja podobna do tej, którą obserwujemy także poza powiatem suskim – np. na Podhalu czy na Śląsku: firmy ograniczają część produkcji, ale dobry specjalista od drewna wciąż nie narzeka na brak zleceń.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze