Od wygranej 2:1 z MKS Libiąż zaczął trenerski rozdział w klubie MKS Babia Góra Sucha Beskidzka trener Łukasz Jagoda.
Maciej Krzyśków/Sucha24.pl: Debiut w domu. Nie często się to zdarza.
Łukasz Jagoda: - Jestem i byłem związany z klubem z Libiąża ładnych parę lat temu. Reprezentowałem barwy Górnika Libiąż, MKS Libiąż i gdzieś w serduszku nostalgia, sentyment oczywiście pozostał. Życie toczy się jednak tak, a nie inaczej i w tej chwili jestem w Babiej Górze, z czego jestem dumny i szczęśliwy.
Jak do tego doszło?
- Tak jak się to w życiu trenerskim normalnie zdarza. Otrzymałem zapytanie, zaczęły się konkretne rozmowy i tak od słowa do słowa zostałem poproszony o spotkanie po meczu Babiej Góry z Kalwarianką. Wymieniliśmy kilka spostrzeżeń, padło parę konkretnych zdań i doszliśmy do wniosku, że mamy podobne, spójne wizje. Wyznaczyliśmy sobie cele i tak zawitałem do Suchej Beskidzkiej. Nie był to pierwszy kontakt Babiej Góry ze mną, bo po tym, jak Grzegorz Kmiecik przestał być jej trenerem, również byliśmy w kontakcie.
Zna pan ligę bardzo dobrze. To ogromny plus.
- W poprzednim sezonie byłem trenerem Zgody Byczyna. Pamiętam mecz w Suchej Beskidzkiej, w którym do przerwy przegrywaliśmy 0:1, żeby ostatecznie zwyciężyć 3:1. Wprowadziłem wtedy od początku drugiej połowy trzech nowych, doświadczonych zawodników. Od tego jest trener, żeby podejmować w odpowiednim czasie decyzje i reagować na wydarzenia na boisku. Zmysł trenerski jest potrzebny i tego się trzymajmy.
Babia Góra ma zatem trenera, który nie boi się ryzyka. Co zatem pojawiło się w głowie trenera Jagody po pierwsze połowie meczu z Libiążem, którą pana nowi podopieczni przegrywali 0:1 tracąc gola zdobytego przez zawodnika, na którego kazał pan zwrócić szczególną uwagę jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego?
- Kilka ładnych minut spędziliśmy na analizie gry zespołu z Libiąża. Na odprawie starałem się uczulić zawodników na styl gry przeciwnika, który wykorzystuje właśnie długim podaniem zawodnika z numerem dziewięć. Nie stało się inaczej, że to właśnie on zdobył gola... Co jednak myślałem? Patrzyłem na całość tej części gry, a tam pierwsza połowa należała zdecydowanie do nas. Mieliśmy wiele rzutów rożnych, był strzał w poprzeczkę, parę rzutów wolnych. Musiałem w szatni odpowiednio zareagować, obrać odpowiedni kurs i przede wszystkim spowodować, by zawodnicy jeszcze bardziej podkręcili tempo. Dwa strzelone przez nas gole to była minimalna zdobycz po przerwie. Posiadaliśmy olbrzymią przewagę i zdobycie goli było tylko kwestią czas. Widziałem to już podczas treningów i w pierwszej połowie, że ta drużyna ma potencjał. Przed meczem z Libiążem mogłem jednak tylko popracować nad mentalnością zawodników, nad ich psychiką i nad tym, żeby wyczyścili głowy.
Zmian w składzie trudno było oczekiwać, bo też i kadra Babiej Góry nie należy do największych. Do tego doszły też kontuzje.
- Pan czy kibice możecie ocenić, czy było już teraz widać różnicą w grze zawodników w porównaniu do spotkań sprzed tygodnia czy dwóch. Oczywiście wykonuję i analizuję swoją pracę, ale jeżeli już ktoś z zewnątrz zauważa, że w tak krótkim czasie pojawiły się pierwsze symptomy, które trzeba zapisać na plus, to oznacza to, że idziemy w dobrym kierunku.
Na pewno zmianą było to, że Babia Góra ma tak żywiołowo reagującego na wydarzenia na boisku trenera.
- Rozumiem, że świadczy o tym również mój głos (śmiech). Prawda jednak jest, że bardzo emocjonalnie, oczywiście w ramach kulturalnego nazewnictwa, reaguję na to, co dzieje się na murawie. Żyję każdym meczem i każdą sytuacją. Taki mam styl pracy. Grałem w piłkę i wiem, że zawodnicy widzą i czują, że jest z nimi ktoś, kto praktycznie gra cały czas z nimi. Nie robię niczego na pokaz, wykonuję swoją robotę. Mam zaplanowany cel, który chcę osiągnąć w Suchej Beskidzkiej i wiem, jakie będą moje metody pracy. Ktoś inny osądzi mnie z tego, jak to wszystko będzie funkcjonować.
Patrząc na tabelę, co główny cel sam się nasuwa. Są jednak inne rzeczy, które chce pan wprowadzić w życie czy zostaje slogan - wynik ponad wszystko?
- W mecz z Libiążem można było zaobserwować coś ,co będę się starał zaszczepić zawodnikom suskiej drużyny. Chodzi o długie utrzymywanie się przy piłce, zdecydowaną, ofensywną grę z wieloma ilościami podań, o małe gierki czy wreszcie narzucenie swojego stylu, zdominowanie przeciwnika. Mam to wszystko w podświadomości i będę chciał do tego przekonywać zawodników Babiej Góry. To jednak przyszłość, bo zależy to wszystko od zgrania i przyzwyczajenia do moich metod pracy. Zawodnicy muszą mi zaufać i to zaakceptować. Muszą myśleć tak ja i być przedłużeniem na boisku mojego sposobu gry i myślenia. Doskonale wiem, że na to potrzeba czasu, pracy, pracy i jeszcze raz pracy. Praca jest podstawą bez niej ciężko jest myśleć o sukcesach. Dla mnie największym sukcesem była teraz wygrana z Libiążem. Powiedziałem to zarządowi i zawodnikom, że ten mecz był kluczem do dalszej pracy. Zależało mi tylko na wygranej, bez względu na styl. Okazało się jednak, że w tak trudnym pod względem mentalnym spotkaniu, zawodnicy pokazali kilka fajnych, pierwszorzędnych akcji. Zabrakło jednak wykończenia i chcę zaznaczyć, że to pierwsza rzecz, nad którą chcę popracować.
Wiadomo, o co chodzi.
- Zdaję sobie sprawę, że w Babiej Górze potrzebne jest jedno czy drugie wzmocnienie. Typowa dziewiątka jest niezbędna na już.
Typowa dziewiątka, czyli Robert Starowicz, jest obecnie kontuzjowana. Kojarzy go pan?
- Tak. Robert pojawił się na boisku w majowym spotkaniu Zgody z Babią. Liczę, że wróci do pełni sił i będzie do mojej dyspozycji.

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze