Mężczyzna skręcił z główniej i znalazł się w mało uczęszczanej uliczce. To było wyjątkowo dyskretne miejsce aby spróbować kogoś obrabować, pomyślał. Uszedł zaledwie kilka metrów, kiedy usłyszał za sobą odgłos zbliżających się kroków. Nie odwrócił się. Tej nocy to on wyszedł na łowy. Nie miał powodów do obaw. Chwilę potem poczuł na karku zimne dotknięcie stali.
- Pieniądze albo strzelam.
Stanął jak wryty. Odruchowo uniósł ręce. Zaraz... - pomyślał. Nie namyślając się dłużej odwrócił twarz w stronę bandyty. Cienka lufa pistoletu wycelowana była w czubek jego zmarzniętego nosa.
- Nie pozwoliłem ci się odwracać – warknął napastnik - Dawaj portfel albo strzelam.
- A strzelaj pan! – wrzasnął. Panie? To samo usłyszałem od żony, kiedy wychodziłem z domu. Jak nie przyniesiesz pieniędzy, to łeb urwę. Co za różnica, które z was mnie kropnie. No strzelaj pan.
Bandyta jeszcze przez chwilę celował w głowę mężczyzny, po czym opuścił pistolet.
- To pan też wyszedł żeby zarobić trochę grosza? - zapytał. Mi również żona kazała przynieść na święta trochę kasy. Najmocniej przepraszam...
- Nie gniewam się. Tylko teraz jest jeszcze gorzej. Nas dwoje, a o tej porze przecież już nikogo nie obrabujemy. .
- Jak to, jest nas dwoje?
- Panie, jak się rozdzielimy, to już z pewnością żaden z nas nic do domu nie przyniesie. Musimy współpracować.
- Zgoda!
Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie, poprawili kołnierze i ruszyli w poszukiwaniu ofiary. Po chwili ich oczom ukazał się przemykający ulicą ksiądz.
- Ale mamy szczęście, panie. Księża zawsze mają przy sobie dużo pieniędzy. On chyba z kolędowania idzie, to kieszenie powinien mieć pełne kopert.
- Pieniądze albo życie – rzucił ten z pistoletem, przystawiając przestraszonemu księdzu lufę do głowy.
Ksiądz nerwowo rozejrzał się wkoło, ale poza dwoma zamaskowanymi bandytami nikogo nie zauważył.
- Nnnnie dammm – wycedził przez zęby. Jak wrócę na plebanie bez kasy, to proboszcz znowu mi każe przez miesiąc sprzątać całą plebanię. Nie dam ani grosza! Już wolę zginąć.
Mężczyźni zaniemówili. Spojrzeli na siebie, po czym z rezygnacją wzruszyli ramionami.
- Zresztą w tych czasach – kontynuował - nikt idącemu po kolędzie księdzu kasy już nie daje. Zebrałem czterdzieści dziewięć pustych kopert. Tylko w tej ostatniej jakaś babuleńka schowała zaledwie dziesięć złotych. Proboszcz mnie wykończy – dodał zrezygnowany. Pomożecie mi panowie? Może też ubiorę szalik na twarz i opędzlujemy jakiegoś przechodnia?
- To na nic – zaczął ten z pistoletem. Już tak próbowaliśmy. Niestety, musimy się pogodzić z myślą, że jak wrócimy do domów, to już po nas.
- Panowie – zaczął ksiądz – Skoro jest już tak źle, to może zanim się rozstaniemy, zaśpiewamy jakąś kolędę. Jest Boże Narodzenie, czas świąteczny.
Wszyscy twierdząco skinęli głowami.
Bóg się rodzi, moc truchleje,
Pan niebiosów obnażony!
Ogień krzepnie, blask ciemnieje,
Ma granice Nieskończony.
Ich donośny śpiew roznosił się wzdłuż całej kamienicy. Zawirował wśród opadających płatków śniegu i dalej dryfował ciemnym korytarzem ulicy.
Nagle usłyszeli odgłos otwieranego okna, a następnie uderzenie stali o betonową posadzkę. Chwilę potem, znowu to samo. Ludzie otwierali okna i rzucali śpiewakom pieniądze. Metalowe i papierowe. Zaskoczeni panowie dokończyli kolędę, równo podzielili się uczciwym zarobkiem, złożyli sobie życzenia i pełni radości wrócili do swych domów.
Tomasz Siwiec.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze