Reklama


Jordanowian wspomnienia ze szlaku

04/06/2020 09:43

Dwa tygodnie temu pisaliśmy o sportowcach z powiatu suskiego, którzy zdecydowali się pokonać Główny Szlak Beskidzki – najdłuższy w polskich górach, liczący (według różnych źródeł) 496 albo 519 km. Szymon Gospodarczyk kończy już wędrówkę tą trasą, na którą przeznaczył 19 dni, a Roman Ficek zamierza ją przebiec na przełomie czerwca i lipca. Dziś jednak przypomnimy dwóch jordanowian, którzy kilka lat temu przeszli GSB w bardzo dobrym tempie 10 dni.

 

Zaczęło się od tego, że Kazimierz Kowalcze i Grzegorz Popielarz wybrali się pieszo z Jordanowa do Kalwarii Zebrzydowskiej. Wycieczka bardzo im się spodobała, ale trasę o długości 48 kilometrów uznali za zbyt łatwą. – Następnego dnia spotkałem się z moim bratem, który jest przewodnikiem beskidzkim. W pewnym momencie wspomniał o najdłuższym polskim szlaku, który ma około 500 kilometrów. Powiedziałem o tym Kaziowi, a on na to, że od roku myśli o pokonaniu tej trasy – opowiada Grzegorz Popielarz. Bez większego namysłu zdecydowali, że muszą ją przejść.

Reklama

W tydzień później syn Grzegorza zawiózł ich do Ustronia, gdzie znajduje się początek Głównego Szlaku Beskidzkiego (albo koniec, jeśli turysta wyrusza w drogę z drugiego jego krańca, czyli z Wołosatego przy samej granicy z Ukrainą). Trasa wiedzie przez Beskid Śląski, Żywiecki, Gorce, Beskid Sądecki, Niski i Bieszczady. Po drodze zdobywa się liczne szczyty górskie, między innymi Baranią Górę, Babią Górę, Policę, Turbacz, Lubań, Przehybę, Radziejową, Jaworzynę Krynicką, Rotundę, Cergową, Chryszczatą, Smerek i Halicz. Przechodzi się też przez wiele miejscowości - na przykład Rabkę-Zdrój, Krościenko, Rytro, Krynicę-Zdrój, Iwonicz-Zdrój, Rymanów-Zdrój, Komańczę, Cisną i Ustrzyki Górne.

Różne źródła podają różną długość GSB. Według niektórych jest to tylko 496 kilometrów, wedle innych 519 lub nawet 524 kilometry. My przeszliśmy chyba jeszcze więcej niż ma ten najdłuższy pomiar, bo sporo nadłożyliśmy, gdy kilkukrotnie zgubiliśmy drogę. Najzabawniejsze jest to, że dwa razy zabłądziliśmy na trasie z Jordanowa do Rabki, czyli praktycznie koło domu. Szlak był tam najgorzej oznakowany i nieuczęszczany – mówi Kazimierz Kowalcze.  

Reklama

SPOTKANIE W ZDYNI

Dziennie pokonywali średnio 52 kilometry, co zajmowało im około 16 godzin. Wstawali przed świtem, czasem nawet o 3 w nocy i niejeden odcinek trasy kończyli po zmroku. – Bolały kolana, odciski na stopach. Ale najważniejszy jest cel. Jeśli chce się go zrealizować, to idzie się do przodu, nie bacząc na nic. To, co my robiliśmy w jeden dzień, innym zajmowało dwa, a nawet trzy dni. Ale trzeba przyznać, że nie byliśmy objuczeni ciężkimi plecakami – podkreśla Kazimierz Kowalcze.

Mieli sporo szczęścia, bo z reguły dopisywała im pogoda. Deszcz złapał ich tylko na Hali Miziowej, a potem przed Markowymi Szczawinami. – Grzegorz ma jakieś układy na górze i załatwił dobrą aurę. Tylko w Bieszczadach się nie spisał, bo choć nie lało, to miejscami było takie błoto, że szok – żartuje Kazimierz Kowalcze.

Reklama

Każdy etap wędrówki przynosił jakieś niespodzianki. Najbardziej zaskakujące było wejście do Zdyni. - W Beskidzie Niskim przed każdym sklepem są ławeczki, a na nich nie brak amatorów piwa. Gdy doszliśmy do Zdyni, wywołaliśmy ogromne poruszenie wśród panów okupujących jedną z nich. Wstawali, machali rękami, coś krzyczeli. Podeszliśmy bliżej i usłyszeliśmy ze zdumieniem słowa: Witamy kolegów z Jordanowa! – opowiada Kazmimierz Kowalcze. Okazało się później, że o planowanym nadejściu jordanowian uprzedziło miejscowych dwóch turystów z Makowa Podhalańskiego, których Kazimierz Kowalcze poznał jakiś czas wcześniej, gdy Głównym Szlakiem Beskidzkim przechodzili koło jego domu. Zdradził im wtedy swój zamiar pokonania tej samej trasy.

SKLEP NA KÓŁKACH

Reklama

Mimo, że przechodzili przez liczne miejscowości, nie zawsze łatwo było w nich o napoje i pożywienie. – W jednej z nich chcieliśmy kupić coś do picia. Zobaczyliśmy otwarty sklep, ale ponieważ byliśmy też bardzo głodni, postanowiliśmy wstąpić najpierw do baru, który był nieopodal. Ten okazał się jeszcze nieczynny, ale właściciel zauważył nas, wpuścił do środka i przyrządził nam posiłek. Zanim jednak zdążyliśmy zjeść, zamknięto sklep – wspomina Grzegorz Popielarz.

W innych wioskach, jak na przykład w Puławach Górnych, był wprawdzie kościół i wyciąg narciarski, ale brakowało miejsca, gdzie można uzupełnić zapasy. – Gdy zapytaliśmy o sklep, dowiedzieliśmy się, że właśnie odjechał! – śmieje się Kazimierz Kowalcze. Żywność była tam sprzedawana tylko o określonej porze, wprost z samochodu. O trochę wody spragnieni wędrowcy musieli poprosić jednego z miejscowych gospodarzy, który przy okazji nielicho nastraszył Kazimierza Kowalcze.

Reklama

Powiedział, że jestem w czerwonej koszulce i muszę uważać, bo kawałek dalej przy samym szlaku pasą się jego krowy, a wśród nich byk, który wpada w szał na widok czerwieni. Kazał mi sobie wyobrazić, co będzie, gdy mnie zaatakuje. Wspomniał, że byk waży tonę, ale gdy jest rozpędzony, to bliżej mu do dwóch ton. A do tego ma rogi... Dopiero potem Grzegorz mnie uspokoił, bo przypomniał mi, że byk nie rozróżnia kolorów – mówi Kazimierz Kowalcze.

W Bieszczadach wędrowcy odkryli też miejscowość o nazwie Brzegi Górne, w której jest tylko jeden dom zamieszkany przez zaledwie trzy osoby. A telefony komórkowe mają tam zasięg tylko przy betonowym słupku przystanku autobusowego...

Reklama

 

 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo Sucha24




Reklama
Reklama

 

Reklama
Reklama