Kiedy usłyszałam, że Marek Kłapyta wziął udział w kolejnej edycji akcji „Szerpowie Nadziei”, nie zdziwiło mnie to ani trochę. Miałam okazję chodzić z nim po górach. Widziałam, jak reaguje, gdy ktoś słabnie, zbacza ze szlaku czy po prostu opada z sił. Marek nie mijał takich osób obojętnie. Zawsze zostawał przy tych na końcu, dyskretnie, bez oceniania i bez potrzeby pokazania się. Dla niego ważniejsze było, żeby każdy bezpiecznie doszedł do celu – i żeby po drodze czuł się zaopiekowany.
W ostatnich dniach w ramach tej niezwykłej inicjatywy ponad 400 wolontariuszy – szerpów – bierze udział w różnych wejściach górskich, niosąc dzieci z niepełnosprawnościami w specjalnych nosidłach. Nie wszyscy idą jednego dnia. Każde wejście to osobna historia, osobna grupa, inna emocja. Tym razem Marek znalazł się w jednej z drużyn, która przeszła Doliną Lejową do Doliny Kościeliskiej, dalej do schroniska na Hali Ornak, i z powrotem do Kir. W sumie 16 kilometrów drogi, w której każdy metr był wypełniony troską, skupieniem, ale też radością.
— „Na szczycie jest dużo łez i zadowolenia” – powiedział mi później. — „W tej inicjatywie chodzi też o rodziców tych naszych skarbów, którzy na co dzień muszą mierzyć się z ogromnymi wyzwaniami, a podczas wejścia mają szansę na odprężenie się i spędzenie miło czasu.”
To zdanie zapadło mi mocno w pamięć. Bo o ile sama idea niesienia dzieci w góry wydaje się spektakularna, to właśnie ten moment wytchnienia dla rodziców bywa często najcenniejszy. W tych kilku godzinach nie muszą być opiekunami, terapeutami, logistykami – mogą być po prostu mamą i tatą, patrzącymi, jak ich dziecko dotyka nieba.
Warto też wspomnieć, że wśród szerpów jest również Wojciech Wybraniec, mieszkaniec naszego powiatu. Choć tym razem nie brał udziału w wejściu, aktywnie wspiera inicjatywę i pozostaje gotów do działania przy kolejnych wyprawach.
„Szerpowie Nadziei” to projekt, który wystartował w 2021 roku i od tamtej pory rośnie nie tylko w liczbach, ale i w sercach. Każde wejście poprzedzają spotkania integracyjne i przygotowawcze, podczas których dzieci, rodzice i wolontariusze mają szansę się poznać, nawiązać relację i przygotować do wspólnej drogi – tej fizycznej, i tej emocjonalnej.
To wszystko sprawia, że ta akcja jest nie tylko wzruszająca, ale też odpowiedzialna i bezpieczna. Działa, bo opiera się na szacunku, zaufaniu i bardzo konkretnym przygotowaniu. A góry – cóż, one stają się tylko tłem dla tego, co naprawdę ważne: relacji, wsparcia i zwyczajnego bycia razem.
Nie zdziwię się, jeśli Marek pójdzie w te góry jeszcze nie raz. Bo on nie tylko zna te ścieżki – on niesie ludzi, kiedy trzeba. I robi to tak, jak robi wszystko – cicho, skromnie, z sercem.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze