Pierwsza ligowa żeńska drużyna piłkarska powstała w sezonie 2019/2020. Ladies Tempo Białka w premierowym, skróconym z powodu pandemii sezonie, zajęły pierwsze miejsce w IV-lidze i uzyskały awans na wyższy szczebel rozgrywkowy. Po reorganizacji lig to nadal jest IV-liga, lecz już z zupełnie innymi, o wiele silniejszymi przeciwniczkami. Dlaczego doszło do zmiany na stanowisku szkoleniowca Ladies, czy w szatni pojawiają się nieporozumienia, z których meczów dziewczyny wyciągnęły najwięcej wniosków. W dziesiątym artykule z cyklu "Głos z murawy" na te inne pytania odpowiada zawodniczka Ladies Tempo Białlka, Natalia Frolik.
Maciej Krzyśków: Jak się dowiedziałaś o Ladies Tempo Białka?
Natalia Frolik: - O drużynie dowiedziałam się, kiedy ona już powstała. Powiedziała mi o niej Angelika Rzepka, z którą utrzymywałam kontakt po zakończeniu szkoły średniej. Zapytała, czy nie miałabym ochoty sobie pokopać piłkę z dziewczynami w Białce. Nie wiedziałam, że to później zmieni się w coś w sumie poważnego.
Od Angeliki do tego, by znaleźć się w drużynie, uczęszczać na treningi, grać w meczach sparingowych, a w końcu zadebiutować w lidze droga daleka.
- Odkąd byłam dzieckiem, chciałam grać w piłkę nożną. Jak zobaczyłam artykuł, że powstaje drużyna w naszym powiecie, to pomyślałam tylko: "kurcze, dlaczego dopiero teraz, a nie kilka lat temu?". Na początku nie myślałam o tym, żeby dołączyć do zespołu, ale Angelika mnie przekonała. Mówiła, że jest fajna atmosfera na treningu, że na razie jest wszystko robione na luzie i wszystkie są ciekawe, co z tego wyniknie. Stwierdziłam krótko, czemu nie.
Piłkę nożną zatem lubiłaś, ale nie trenowałaś w ogóle nigdy wcześniej. Tylko tyle, co w liceum.
- Jedyny mój kontakt z piłką nożną to gra z chłopakami na przerwie w szkole. Mam tutaj na myśli i czasy szkoły podstawowej, jak i później szkoły średniej. Podczas lekcji wychowania fizycznego chłopcy grali w piłkę nożną, dziewczyny w koszykówkę. Grałam wówczas i tu i tu (śmiech). Zawsze podobała mi się piłka nożna, ale nie miałam warunków, żeby ją trenować.
Nowością nie było dla ciebie bycie w treningu i osoba trenera. Byłaś bowiem zawodniczką w klubie tenisa stołowego ULKS Lachowice.
- Największą różnicą było to, że tenis stołowy jest sportem indywidualnym. W piłce musimy liczyć się z tym, że jesteśmy częścią drużyny. Po czasie odkryłam, jak ta różnica jest wielka.
Treningi. Nie będę zaglądał w metrykę, ale nie masz 10 lat i zacząć treningi niejako z marszu, których celem jest przygotowanie ciebie czy koleżanek do ligowej rywalizacji, mogło być bardzo kosztowne. Pojawiały się jakieś problemy z urazami, kontuzjami?
- Pewna część dziewcząt gdzieś ten kontakt z piłką miała, ale inne startowały z poziomu zerowego. W moim przypadku ułatwieniem było to, że miałam ze sportem do czynienia od dzieciństwa. Przyjście na trening i obciążenia z nim związane nie były dla mnie szokiem. Wejście w systematyczny trening wiążą się już z pewnymi wymaganiami. Na początku nie miałyśmy morderczych treningów. Trener Jarosław Gąstała nie rzucił nas na głęboką wodę i nie próbował nas z marszu zrobić nie wiadomo jakie zawodniczki. Wszystko było wprowadzane stopniowo i sądzę, że dzięki temu wszystkie dobrze to znosiłyśmy.
Treningi były jednak selekcją, bo wiele dziewczyn ich nie wytrzymało i zrezygnowało.
- Uważam, że główną przyczyną, dlaczego niektóre dziewczyny przestały trenować było to, że sądziły one, że to jednak będzie w stu procentach zabawa. Wiadomo, że to dalej gdzieś jest zabawa, bo trudno mówić, żebyśmy traktowały grę w Ladies nie wiadomo jak poważnie. Niewątpliwie traktujemy ją poważnie, a nie tak, że trenujemy tylko wtedy, kiedy się nam chce. Jestem częścią drużyny i niesie to za sobą pewne konsekwencje.
Jakie to konsekwencje?
- Patrząc na kolejny tydzień myślę, kiedy mam trening, mecz w Białce, a dopiero potem układam sobie plan na resztę dnia. Może nie jest to naturalne zachowanie u dziewczyn i trudno tego wymagać, bo większość z nas ma pracę, studia i piłka... Nie wymagam od nikogo, żeby piłka była na pierwszym miejscu. Miło jednak patrzeć, jak dziewczyny starają się być na każdym treningu czy meczu. To jest ta odpowiedzialność za zespół, o której mówiłam. Każda z nas liczy na koleżankę z drużyny.
Muszę trochę pociągnąć za język - ile razy w tygodniu trenujecie?
- Teraz mam zdalne studia i od marca...
Ale wcześniej nie były one zdalne.
- Rok temu tak nie było i nie dojeżdżałam na treningi. Kiedy treningi były w poniedziałek, w środę, kiedy byłam w Krakowie, to mnie na nich nie było. Staraliśmy układać się wszystko tak, żeby te dziewczyny, które zjeżdżały w okolicach weekendu do domu, mogły się pojawić w czwartek czy w piątek na zajęciach.
Po to trenowałyście, żeby grać w lidze. Kiedy zaczęły pojawiać się takie myśli - jej to się naprawdę dzieje, będziemy zawodniczkami, zagramy w lidze?
- Dziewczyny były przygotowane, że wszystko do tego zmierza. Mówiłyśmy otwarcie, że nie będziemy kopać dla kopania, tylko w tej zabawie chodzi o to, żeby grać w lidze i rywalizować z innymi zespołami. Na poważnie poczułyśmy to od pierwszego sparingu z AKF Wisła Brzeźnica, kiedy to większość z dziewczyn po raz pierwszy miała okazję zagrać na dużym boisku. To było zderzenie z tym twierdzeniem - tak, to się dzieje naprawdę.
Pierwszy sparing, no to na pewno i wspomnienia zostaną do końca. Jak wam poszło?
- Zaczęło się dobrze, ale potem zostałyśmy zweryfikowane (śmiech). Na boisku nasza gra nie wyglądała tak, jak to pokazał wynik, który nie był dla nas zadowalający (śmiech). Przeciwniczki parę sezonów gry na dużym boisku już miały i to udowodniły. To była zupełnie inna gra.
Ten sezon was sprowadził na ziemię? Byłem na waszym meczu z Bronowianką, na drugiej połowie i to była przepaść. Czasami zastanawiacie się, co niektóre drużyny robią w tej lidze, a co w niej robicie wy?
- Słabo, że akurat na tym meczu byłyśmy obserwowane (śmiech). Szkoda, że do Białki nie przyjechała drużyna Bronowianki, która na co dzień rywalizuje w IV-lidze. W zamian przyjechały dziewczyny, które rok temu zdobyły mistrzostwo Polski U-16. Były naprawdę wybiegane, zgrane, nie ma co ukrywać - to był inny świat, który dopiero jest przed nami.
W premierowym roku występów w IV-lidze mogłyście przyzwyczaić się do wygranych, czasem efektownych, a jak wyglądała sytuacja z przyzwyczajaniem się do tego, że w następnym sezonie, po reorganizacji zwanym IV-ligą tylko z nazwy, porażek macie na swoim koncie o wiele więcej. Tu i tu IV-liga, ale tylko na papierze - te ligi dzielą lata. Żałowałyście, że nie ma w IV-lidze drużyn, z którymi mogłybyście sobie poprawić statystyki czy może lepiej z takimi drużynami jak Bronowianka czy Football Suceess Academy Kraków?
- Kiedy zaczynałyśmy pierwszy sezon z Ladies, czyli 2019/2020, to nikt od nas nie oczekiwał, że pojawią się wygrane. Okazało się, że jednak dajemy radę. Pamiętajmy też, że jesteśmy młodą drużyną, że większość z nas dopiero zaczyna przygodę z piłką. Obecny sezon jest inny, przeciwniczki są na o wiele wyższym poziomie. Nie chcę jednak powiedzieć, że miniona runda była dla nas zderzenie ze ścianą. Wiedziałyśmy o różnicy między tymi "ligami", która jest znacząca. To nie są przypadkowe drużyny z przypadkowymi zawodniczkami. Same nawarzyłyśmy sobie tego piwa. Musimy dać sobie czas. Każde pół roku treningów i meczów daje nam bardzo dużo.
Nie ukrywajmy też, że pewnych rzeczy już się nie nauczycie. Jesteście jednak w stanie zniwelować pewne rzeczy, żeby pokazać wasze atuty w starciu nawet z takimi zespołami. Nie zawsze drużyny, które grają najpiękniej dla oka, wygrywają. Wy macie w składzie zawodniczkę, która zagrała na najwyższym poziomie - Oliwię Skowron.
- Oliwka daje bardzo dużo z przodu, strzela bramki, ale nie tylko ona oczywiście jest ważna dla drużyny i pełni kluczową rolę. Można było to odczuć zwłaszcza w ostatnim spotkaniu z Uranem Łukowice, który zakończył rundę jesienną. Pojechałyśmy na ten mecz bez Ani Ryś i Kasi Sali. Uważam, że to są dwie zawodniczki, których postawa decyduje o tym, jak prezentujemy się w danym spotkaniu.
Ania Ryś ma za sobą doświadczenie bramkarskie.
- Uczestniczyła w akademickich mistrzostwach Polski. Broniła w futsalu, ale również tak jak i ja w zawodach szkolnych w piłkę ręczną.
Wspomniałaś o szatni Ladies, jak ona wygląda?
- Skłamałabym gdybym powiedziała, że to jest spokojna szatnia. Należy do niej plus minus piętnaście dziewczyn i z tego powodu nigdy tam nie będzie spokojnie. Między dziewczynami jest chemia, dogadujemy się, wiemy po co przychodzimy na treningi, następnie gramy ligowe spotkania. Nawet jeżeli pojawiają się nieporozumienia, co jest zupełnie normalne, to kiedy zaczyna się pierwsza minuta spotkania, to jesteśmy jednością. Ewentualne problemy wyjaśniamy później (śmiech).
Kiedy się skończyła chemia z trenerem Gąstałą?
-(śmiech) Czy chemia się skończyła...? Lepszym słowem byłoby to, że dziewczyny wpadły w rutynę, zaczęły pojawiać się głosy, że potrzebujemy nowego impulsu, że czegoś już nie czują i nowy trener mógłby być najlepszym rozwiązaniem. To była nasza wspólna decyzja, żeby się rozstać z trenerem Gąstałą.
Przyszedł trener Maciej Melzer i co się zmieniło? Wiedziałyście pewnie o nim tyle, że świetną laurkę wystawiła mu Ola Nieciąg.
- Trener Melzer jest zupełnie innym człowiekiem, innym trenerem niż trener Gąstała. Mają zupełnie inne charaktery i nie mówię tego w takim znaczeniu, że któryś jest gorszy, a któryś lepszy. Trener Melzer pokazuje nam inne spojrzenie na piłkę, na grę, na trening, na podejście. Od obu można wyciągnąć fajne wnioski, lekcje, wskazówki i kiedy połączy się to w jedną całość to powstaje coś dobrego.
Co fajnego zostało po trenerze Gąstale?
- Jest on wręcz niepoprawnym optymistą. Zaraża stwierdzeniem, że wszystko można osiągnąć, trzeba do końca walczyć i wierzyć w siebie niezależnie od tego, co się dzieje dookoła.
A na co stawia największy nacisk obecny szkoleniowiec?
- Trener Melzer uczy przede wszystkim pokory do piłki nożnej i własnych umiejętności. Tego, że musimy zdawać sobie sprawę z faktu, że do osiągnięcia zadowalającego nas efektu dzieli nas jeszcze bardzo dużo i w piłce, podobnie jak w życiu, nie ma nic za darmo. Jedyna droga do sukcesu to ciężka praca i skonfrontowanie się z własnymi słabościami. Trzeba też zaznaczy, że pracujemy z trenerem Melzerem znacznie krócej. Na pewno bardziej stąpa on po ziemi i zwraca uwagę na szczegóły, które bardziej mogą mi się kojarzyć z czasami, gdy trenowałam tenis stołowy. Wydawałoby się, że nie ma większego znaczenia w piłce nożnej, czy biegniemy z zaciśniętymi pięściami albo gdy jesteśmy spięte, a on nam pokazuje, że jednak ma.
A kto bardziej potrafi postawić was do pionu?
- Zdecydowanie trener Melzer.
Tak sobie mówimy o trenerach, ale gdyby nie jedna osoba, to Ladies Tempo Białka by nie powstało. Mowa o Mariuszu Sałaciaku. Znałaś go wcześniej?
- Nie, nie znałam. Po raz pierwszy zobaczyliśmy się na treningu.
To świetnie, bo nie miałaś o nim wcześniej wyrobionego zdania z innych kontaktów. Jaki to zatem prezes?
- Gdyby nie on, to drużyna by tak nie funkcjonowała. Może słowo profesjonalnie to za dużo słowo patrząc na to, gdzie gramy i które miejsce zajmujemy w tabeli, ale ku temu zmierzamy.
Moje zdanie jest takie, że Mariusz żyje Tempo Białką nie 24, ale 25 godzin na dobę. O każdej porze dnia i nocy jest dla was i z każdą sprawą można się do niego zwrócić.
- To w jaki sposób prezes łączy zajmowanie się klubem, z pracą, życiem rodzinnym, pełnieniem funkcji radnego gminy...
Wiecie nawet o takich rzeczach?
-(śmiech) Tak, wiemy. Jest to godne podziwu i czasem wydaje mi się, że ten człowiek jest w pięciu miejscach jednocześnie. Pokazuje nam, że można, że się da, że niewiele jest takich rzeczy, których nie można przeskoczyć. Dziewczyny czasem się śmieją, że jak nie dadzą radę pojawić się na meczu, to pójdą do Mariusza, a ten obdzwoni pół Polski i udowodni, że jednak na tym meczu będą. Co ciekawe, najczęściej mu się to udaje.
Ja go znam troszeczkę dłużej i wiem, że tak jak on mocno identyfikuje się z Tempo, tak wymaga również tego od innych i dba, pilnuje reputacji klubu. Masz dres Ladies?
- Tak.
I jak spacerujesz w nim po Suchej Beskidzkiej, po Białce, po Krakowie to spotykasz się z zainteresowaniem? Jak widzą cię znajomi, to robią oczy, że jesteś w pierwszej żeńskiej drużynie piłki nożnej?
- Moich znajomych nie dziwi to, że gram w piłkę nożną. Wiedzieli, że się nią interesuję. Kiedy przed treningiem idę w dresie z emblematem Ladies do sklepu to widzę, że ludzie na mnie spoglądają. Kiedy poznaję kogoś nowego i od słowa do słowo dochodzimy do tematu piłki nożnej i mówię, że gram w Ladies, to reakcje są pozytywne. Niestety w większości ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że taka drużyna istnieje. Pojawiają się jednak też głosy, że ktoś o nas coś przeczytał, usłyszał, słyszał, że dobrze nam idzie.
No tak.
-(śmiech) Reakcje są pozytywne i oby było ich jak najwięcej. Czasami ludzie się podpytują jak wyglądają treningi, na jakiej występuję pozycji, kto nas trenuje. To chyba dobrze, że nie przechodzą obok tego obojętnie.
Zainteresowanie zatem jest różne. Jak odbieracie frekwencję na stadionie w Białce, to, ilu kibiców, nie mówię o rodzinie czy najbliższych znajomych, przychodzi was oglądać?
- Frekwencja na naszych spotkaniach domowych wykracza ponad to, co obserwujemy, gdy jedziemy na wyjazd. Nieraz widać to po naszych przeciwniczkach, że są zaskoczone, że mamy tak liczną publiczność. Na wyjeździe zazwyczaj kibiców tworzą rodzice jednej z dziewczyn, rodzeństwo i zamyka się to w liczbie 10-15 osób. W Białce tych osób jest zdecydowanie więcej i uważam, że to jest super sprawa. Liczba kibiców, którzy oglądają nasze spotkania, nie jest znacząca mniejsza niż wtedy, gdy grają seniorzy. Oczywiście, że zespół seniorów przychodzi oglądać więcej widzów, ale nie można powiedzieć, że nasze mecze nie cieszą się zainteresowaniem.
To, że pojawiasz się na meczu seniorów, który wypada w innym dniu niż wasz mecz oznacza, że się mocno identyfikujesz z klubem.
- Tak, zdarza mi się być na spotkaniu seniorów.
Komu kibicowałaś w trakcie derbów - Babiej Górze czy Tempo Białka?
-(śmiech) Pomidor (śmiech). Mówiąc już poważniej, to kibicowałam Tempo Białce. To właśnie tam otrzymałam szansę gry w piłkę, tam spędzam teraz bardzo dużo czasu, więc odpowiedź jest zrozumiała.
Wiecie, że potrzebujecie wzmocnień?
- Doskonale o tym wiemy i skłamałabym gdybym powiedziała, że nie działamy w tym temacie. Będziemy mocniejsze niż w rundzie jesiennej, bo dołączą do nas Magda Howińska i Patrycja Słapa, przed ślubem Patrycja Jaromin.
Patrycja, czyli twoja przeciwniczka z licealnych zawodów szkolnych. Patrycja ma za sobą grę w Bronowiance i kadrze Małopolski.
- Tak, ona potrafiła czarować z piłką. To są doświadczone zawodniczki i powinny nam bardzo pomóc. Patrycja miała dosyć długa przerwę w grze, natomiast Magda cały czas grała w Prądniczance (a wcześniej w Bronowiance Kraków, była także nominowana w naszym plebiscycie Sportowiec Roku 2013 w kategorii Nadzieja - link TUTAJ). Magda już teraz mogę powiedzieć, że dobrze wkomponowała się do naszej drużyny.
Czujesz się lepszą zawodniczką niż rok temu? Jak dużo nauczyłaś się przez ten rok gry?
- Zdecydowanie czuję i dostrzegam różnicą. Kiedy wychodzę grać na dużym boisku, to rozumiem jaka jest różnica miedzy taką grą, a na małym boisku podczas lekcji wychowania fizycznego. O ile tam moja gra czy całości jako zespołu w-f mogła wyglądać fajnie, to duże boisko wszystko weryfikuje. To jest taki kubeł zimnej wody. Wszystkie dziewczyny zrobiły duży postęp i byłoby coś nie tak, gdyby było odwrotnie (śmiech). Po to chodzę na treningi, żeby lepiej grać. Każda z Ladies się pod tym podpisze.
W minionej rundzie zdobyłyście w dziewięciu spotkaniach pięć punktów (wygrana, dwa remisy, sześć porażek). Który mecz najbardziej zapadł tobie w pamięci, który najdłużej analizowaliście i wyciągaliście z niego wnioski?
- Ciężko wskazać jedno spotkanie.
Mogą być dwa.
- Z każdym spotkaniem wiąże się pewna historia, każdy ma tło. Wiadomo, że fajnie jest wspominać wygrane mecze, ale my tylko raz z Victorią Zalas schodziłyśmy z boiska zwycięsko (wygrana 6:2 na wyjeździe - przyp. red.).
Najłatwiej na pewno.
- Dobrze na nas podziałała ta wygrana, ale też i spotkanie z Burzą Roczyny było ważne.
Tam był bezbramkowy remis.
- Tak, zremisowałyśmy go, lecz w szatni odczuwałyśmy ogromny niedosyt, że nie udało się go zakończyć wygraną. Mecz odbył się w Białce, naszym rywalem był zespół zdecydowanie w naszym zasięgu, z którym miałyśmy realną szansę na zdobycie trzech punktów. Przez cały mecz prowadziłyśmy grę, ale nie stwarzaliśmy konkretnych okazji. Pojawiła się za to sportowa złość, co mnie osobiście bardzo ucieszyło, bo oznaczało to, że dziewczynom zależy! Inaczej wyglądałaby sytuacja, że po takim spotkaniu komentujemy go na zasadzie - udało się zdobyć punkt, nie narzekajmy, jest ok. Taka reakcja nie byłaby u mnie pożądana i mile widziana.
ZOBACZ TAKŻE: Głos z murawy. Dawid Janeczek (Jałowiec Stryszawa): Taki wynik wzięlibyśmy w ciemno
ZOBACZ TAKŻE: Głos z murawy. Piotr Surmiak (Grom Grzechynia): Trudne czasy nie nadchodzą. One już są
ZOBACZ TAKŻE: Głos z murawy. Szymon Wróbel (Jordan Jordanów): Trener potrzebuje czasu i cierpliwości
ZOBACZ TAKŻE: Głos z murawy. Jonasz Burliga (Garbarz Zembrzyce): Grali najlepsi, nie najmłodsi
ZOBACZ TAKŻE: Głos z murawy. Rafał Drobny (Naroże Juszczyn): Nie jesteśmy pazerni na zwycięstwa
ZOBACZ TAKZE: Głos z murawy. Eryk Wróblewski (BCS Zawoja): Jedna porażka to nie koniec świata
ZOBACZ TAKŻE: Głos z murawy. Paweł Mentel (Tempo Białka): Znamy swoje atuty, wady też
ZOBACZ TAKŻE: Głos z murawy. Patryk Burliga (Strzelec Budzów): Trener Bączek nie ma z nami lekko
ZOBACZ TAKŻE: Głos z murawy. Patryk Bala (KS Bystra): Zaufanie od trenera zawsze procentuje
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze