Reklama


Cudze chwalimy, swego nie znamy - rozmowa z Marcinem Leśniakiewiczem

02/04/2015 12:36

- Są szlaki, gdzie ludzi jest pełno np. na Babią Górę, ale są też takie, gdzie ludzi można ze świecą szukać, a są absolutnie przepiękne. Nikt jednak o nich nie wie, nie chodzi się tam na wycieczki - mówi Marcin Leśniakiewicz. Niedawno miało premierę jego najnowsze wydawnictwo "Babia Góra i okolice. Przewodnik po obszarze Stowarzyszenia Gmin Babiogórskich".

Maciej Krzyśków/Sucha24.pl: Wydany niedawno przewodnik po obszarze Stowarzyszenia Gmin  Babiogórskich to największa z twoich dotychczasowych publikacji?

Marcin Leśniakiewicz: - Zdecydowanie tak. Przewodnik wymagał ode mnie zdecydowanie największej pracy. Obejmuje swoim zasięgiem 14 gmin należących do Stowarzyszenia Gmin Babiogórskich: Budzów, Bystrą-Sidzinę, Jabłonkę, gminę wiejską Jordanów, Koszarawę, Lanckoronę, Lipnicę Wielką, Maków Podhalański, Mucharz, Stryszawę, Stryszów, Suchą Beskidzką, Zawoję i Zembrzyce. Nie można jednak mówić, że poprzednie książki, foldery były niedorobione (śmiech), bo np. książka o parafii w Suchej czy album o Suchej, które pisałem wspólnie z Basią Woźniak, też były poważnymi publikacjami.

Reklama

Dlaczego chciałeś, by taki przewodnik powstał i jak do tego doszło, że zacząłeś go pisać?

- Wbrew pozorom to ciekawe pytanie… Wydawcą przewodnika jest Stowarzyszenie Gmin Babiogórskich. Wiedziałem, że planuje ono taką publikację, bo wcześniej wydało przewodnik multimedialny na telefon czy tablet, ale nie w formie książkowej. Osoby z SGB zapytały mnie, czy byłbym skłonny podjąć się tego zadania. Wcześniej, w niezobowiązujących rozmowach mówiłem, że byłbym zainteresowany. Bardzo chciałem mieć 100 procent wpływu na to, co będzie w przewodniku, żeby nikt nie dyktował np., ile publikacja ma mieć stron, jak ma wyglądać itp. Kiedy pracuje się dla typowego wydawnictwa, to istnieją zawsze reguły, do których trzeba się dostosować. Nie ma zmiłuj - jest to zresztą całkiem normalne, wydawnictwa z tego się utrzymują i dyktują warunki. Tutaj, dzięki SGB, miałem wolną rękę i mogłem napisać samodzielną, autorską pracę. Celem było powstanie przewodnika, kompendium wiedzy, wiedziałem, że potrafię to zrobić, ale nie jest też tak, że marzyłem tylko o tym od dawna i tylko ja mogłem taką publikację stworzyć (śmiech).

Reklama

Nie da się ukryć, że dla ciebie to była też super sprawa z racji tego, że zajmujesz się tymi rzeczami, żyjesz nimi. Miałeś taki powrót do przeszłości i mogłeś odświeżyć pamięć na wiele tematów?

- Część odświeżyłem, a część poznałem. Ale tych drugich było mniej, bo – tak, jak mówisz – siedzę w tej branży. Na przykład gminy wchodzące w skład powiatu suskiego z racji pracy w starostwie znałem wszystkie. Co prawda przed napisaniem przewodnika nie byłem we wszystkich opisywanych miejscach, ale po jego napisaniu już tak (śmiech). Nie pisałem od zera, bo znałem teren i pisanie przewodnika ułatwiały mi np. moje wcześniejsze publikacje, opracowywane dla starostwa i Muzeum Miejskiego w Suchej Beskidzkiej. Znałem literaturę, nie musiałem poznawać regionu.

Reklama

Nie będziemy szczegółowo opisywać przewodnika i rozdziałów. Ale, co cię najbardziej zaskoczyło, o ile to najwłaściwsze słowo, podczas pisania przewodnika?

- Z kimkolwiek rozmawiam, to zawsze kładę nacisk na powiedzenie „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Wiedziałem wcześniej, że jest to święta prawda, ale przy pisaniu tego przewodnika umocniłem się w tym przekonaniu jeszcze bardziej. Są ludzie, którzy lubią turystykę, chodzą po Tatrach, Pieninach czy chociażby po Babiej Górze, a nie zdają sobie sprawy, jakie znakomite atrakcje oferuje cały nasz region. Jeżeli chodzi o zabytki, to o tych najcenniejszych i najbardziej znanych wiemy, lecz w przypadku widoków, panoram, to o istnieniu licznych niezwykle uroczych miejsc często nie mamy pojęcia. Po napisaniu przewodnika mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że w odległości kilku kilometrów od miejsca zamieszkania każdego z nas, są niezwykle malownicze zakątki, których praktycznie się nie zna. Człowiek jedzie gdzieś dalej w znane miejsca, a wystarczy czasem wyjść pół kilometra ponad dom i są takie widoki, że głowa boli! Podczas tworzenia przewodnika trafiłem w miejsca, które przebijają walorami liczne znane i uczęszczane szlaki turystyczne!

Reklama

Takie top 5 takich miejsc twoim zdaniem?

- Musiałbym się zastanowić, żeby czegoś nie pominąć i coś specjalnie wyróżnić. Jak będziemy dalej rozmawiać to pewnie coś sobie poprzypominam (śmiech).

Książka jest gruba, ma ponad 700 stron, ale z drugiej strony jest mała i każdy turysta może sobie ją do plecaka schować.

- Książka jest gruba to fakt, można powiedzieć, że może za bardzo. W połowie pisania, kiedy już spodziewałem się, jaka będzie objętość, było już za późno na przeredagowanie. Skróciłem z tego powodu wstęp. Format jest specjalny właśnie „do plecaka”. Ci co mówią, że jest za gruba, mają rację, ale jakbym wydłużył format, to byłoby jeszcze gorzej. Co z tego, że książka miałaby 400 stron, skoro byłaby duża i nieporęczna? Przewodnik ma służyć temu, żeby go zabierać na wyjazdy. W domu raczej nie czyta się przewodnika od deski do deski (śmiech). Odkąd pamiętam, gdy chodzę po górach to mam przy sobie przewodniki Andrzeja Matuszczyka czy Piotra Krzywdy. Do dziś tak robię.

Reklama

Co wyróżnia ten przewodnik?

- Na rynku są dostępne publikacje autorstwa wybitnych fachowców, z którymi nie chciałem wchodzić w szranki. Dlatego starałem się, by mój przewodnik w jakiś sposób wyróżniał się na tle innych. Po pierwsze, każda miejscowość ma swoją mapę. W różnych przewodnikach można spotkać mapki, ale w moim znajdują się mapy wszystkich, nawet najmniejszych miejscowości, a na nich są umieszczone praktycznie wszystkie obiekty, które opisuję. Mapki – a także rzuty obiektów i panoramy - rysował Maciek Hojda, świetny fachowiec, bez którego mój pomysł nigdy nie mógłby zostać zrealizowany. W zamierzeniu przewodnik miał być leksykonem może nie wszystkich, ale na pewno bardzo wielu obiektów krajoznawczych na obszarze SGB, zaczynając od tych największych po takie małe, ciekawe, lecz niespecjalnie cenne w skali świata kapliczki czy inne rzeczy. Można w nim znaleźć nie tylko podstawowe opisy, ale także informacje, gdzie dany obiekt się znajduje i jak do niego dotrzeć. Jest to korzystne nie tylko dla turysty, ale np. dla naukowca, który bada kapliczki. Z przewodnika nie dowie się on wszystkiego, bo taka osoba jest w swojej dziedzinie mądrzejsza ode mnie, ale będzie wiedział gdzie ma jechać, by daną kapliczkę znaleźć.

Reklama

Czas pracy nad książką to...?

- (śmiech) Półtora roku czystego pisania, a generalnie wyjdzie dwa lata, gdy dorzucimy do tego gromadzenie materiału, źródeł. Jeden rok poświęciłem na miejscowości, drugi na szlaki. Chodzenie po szlakach zajęło mi sześć miesięcy, podczas których opisałem ok. 700 km. Sam nie wiem, jak mi się to udało...

Wstajesz rano, jest pogoda.

 - To ruszam (śmiech). Po powrocie siadałem i spisywałem to, gdzie byłem i co widziałem. Większość autorów robi notatki na bieżąco, zbiera materiały, ale całość spisuje wtedy, gdy – dajmy na to - przychodzi zima. Ja robiłem inaczej, opracowując wszystko na bieżąco, bo wychodziłem z założenia, że z biegiem czasu może się zatrzeć coś w pamięci. Oczywiście, były takie miejsca, w których byłem po kilka razy. Głównie chodzi o szlaki turystyczne i opisy widoków. Czasem była mgła i nie było zbyt wiele widać, więc wracałem tam i spisywałem, co widzę. Tak samo było w miejscowościach – dowiedziałem się czegoś np. o płytach nagrobnych w kościele w Zubrzycy Górnej, o których wcześniej nie wiedziałem albo je przegapiłem – i trzeba było jechać, tylko po to, by obejrzeć te płyty. To wszystko odbywało się w ostatnich miesiącach, gdy miałem już 95 procent spisanego przewodnika. Zdarzało się tak, że po roku nieobecności pojawiałem się w jakimś miejscu po coś zupełnie nowego, a tu się okazuje, że to, co opisywałem rok wcześniej już inaczej wygląda (śmiech). Zmiany w terenie postępują bardzo szybko, za 5-10 lat ten przewodnik nie będzie aktualny i taka jest niestety prawda.

Reklama

Spotykałeś na drodze pewnie różnych ludzi? Jakieś znajomości udało się nowe zawrzeć?

- Zanim o tym powiem, to chcę taką ciekawą anegdotkę przywołać. Od pewnego momentu zacząłem w moich górskich wędrówkach nosić tylko czerwony, przewodnicki polar. Miałem wtedy święty spokój od ludzi (śmiech). Przedtem w mniejszych miejscowościach musiałem odpowiadać na pytania, co ja tu robię. Bali się mnie, że jestem np. geodetą (śmiech). Kiedy byłem w polarze, ludzie mieli do mnie inne, bardziej przyjazne podejście. Gdy kogoś spotkałem np. przy jakiejś kapliczce i ktoś chciał podzielić się swoimi uwagami, miejscowymi historiami to zbierałem informacje. Nie powiem jednak, że zawsze takich miejscowych informacji szukałem, nie było na to czasu. Po prostu jak się trafiały - to słuchałem.

Reklama

Kiedy….

- Przypomniało mi się coś do tego top 5 (śmiech). Szlak żółty z Lipnicy Wielkiej Przywarówki spod Babiej Góry wzdłuż granicy państwa. Dla mnie to jeden z najpiękniejszych szlaków turystycznych, jakim kiedykolwiek szedłem. Nie spotkałem jednak na nim ani jednej żywej duszy przez 4,5 godziny! Był to październik i była piękna pogoda. Są szlaki, gdzie ludzi jest pełno np. na Babią Górę, ale są też takie, gdzie ludzi można ze świecą szukać, a są absolutnie przepiękne. I nie przedziera się tam przez żadne chaszcze. Nikt jednak o nich nie wie, nie chodzi się tam na wycieczki. Albo np. baza namiotowa „Madejowe Łoże” w Podwilku ze wspaniałą, prawdziwie turystyczną atmosferą. Planuję zorganizować tam w tym roku ogólnodostępną wycieczkę.

Reklama

To może teraz ktoś tam pójdzie i przekona się na własne oczy.

- Celem książki było też zachęcenie ludzi do odwiedzania takich szlaków. Nie chcę zachęcać tych, co nie lubią tego typu formy spędzania wolnego czasu. Jest jednak masa ludzi zainteresowana turystyką, która nie wie, że na wyciągnięcie ręki ma wspaniałe, a nieznane zakątki. Wiadomo, że znane są te utarte szlaki i tam się chodzi, ale żeby trafić gdzieś indziej, to trzeba poszukać. W przewodniku jest sporo opisanych rzadko uczęszczanych tras. I kolejna panorama do top 5 (śmiech). Kapitalny widok rozpościera się z osiedla Żmije nad Błądzonką. Albo Góra Ludwiki nad Jordanowem - jest to dla mnie jedna z najlepszych panoram w ogóle w Beskidach. Jak ktoś nie lubi chodzić, może tam dojechać samochodem. Z kolei na Kamiennej Górze między Kojszówką i Żarnówką nie ma szlaków – trafiłem tam dzięki uprzejmości mieszkańców tamtych terenów. Na grzbiecie ciągną się potężne rowy z wychodniami skalnymi, miejscowi mówią, że z pozyskiwanego tam kamienia jest zbudowany XVII-wieczny klasztor w Kalwarii Zebrzydowskiej. Wygląda to bardzo efektownie. A na szczycie jest jeszcze źródełko, które wg miejscowych nigdy nie wysycha! Można sobie zrobić także wycieczkę tylko po samych przepięknych kapliczkach na Orawie, których jest tam kilkadziesiąt. Powtarzam, że wystarczy na dziesięć minut czasem zjechać z drogi w bok albo zejść na godzinę i wejść do innego świata, którego istnienia nikt nie podejrzewa.

Reklama

Minęło już trochę czasu od oficjalnego wydania przewodnika, masz za sobą promocję książki. Żałujesz, że czegoś nie dałeś w książce, coś byś zmienił?

- Generalnie, jak chodzi o  koncepcję, układ - nie ma takiej rzeczy. Usłyszałem już różne opinie, teraz zajmuję się innymi rzeczami i nie mam takiego odczucia, że chciałbym coś w przewodniku zmienić. Owszem, znalazłem już parę „byków” i tego mogę żałować, że czegoś np. nie doczytałem, nie sprawdziłem do końca przy korekcie. Jednak przy książce o takim rozmiarze jest to chyba nie do uniknięcia. Zastanawiam się, czy na mojej stronie internetowej nie dać zakładki w stylu „Uwagi do przewodnika”, gdzie podawałbym informacje o dostrzeżonych błędach i korektach, tak by każdy, kto miałby taką ochotę, od razu mógł sobie dokonać poprawek w książce. Powiedzmy, że w osiemdziesięciu procentach jestem jednak z przewodnika zadowolony, a jak dla mnie jest to bardzo dużo, bo rzadko jestem w pełni zadowolony z tego, co robię (śmiech).

Jaki jest odbiór tej publikacji?

- Jest jedna rzecz, która mnie cieszy w porównaniu np. do doświadczenia, które mam chociażby z pracy w starostwie i wydawaniem urzędowego biuletynu lub wcześniej – pracy przy suskim miesięczniku samorządowym „Ziemia Suska” i innych publikacjach. Ci, którzy nigdy nic nie napisali, nie zredagowali, sądzą często, że opracowanie dowolnego tekstu to przysłowiowy pikuś. Hop-siup, pięć minut roboty i tekst gotowy. Sam coś pewnie o tym wiesz.

Wiem, wiem...

No właśnie. Ktoś powie, że są fajne zdjęcia albo dobrze, że o czymś napisałeś, ale żeby ktoś docenił, ile trzeba włożyć pracy i czasu w stworzenie choćby krótkiego sensownego tekstu, to rzadkość. Nieraz mam ochotę komuś takiemu powiedzieć - Siadaj i pisz, to się przekonasz (śmiech). A tym razem jest inaczej. Mam naprawdę dużą satysfakcję, że większość osób, z którymi rozmawiam o przewodniku, także tych „niepiszących”, mówi mi, że to się w głowie nie mieści, ile musiałem się napracować, by powstał, i ile musiało to zająć czasu. Że to wydaje się wręcz niemożliwe, że odwiedziłem tyle miejsc, przeszedłem tyle szlaków w tak krótkim okresie. Takie słowa cieszą mnie bardziej niż opinie, że przewodnik jest dobrze napisany i można w nim znaleźć masę wiadomości. Zdaję sobie sprawę, że w kwestiach merytorycznych mogą pojawić się błędy, bo sam przecież wszystkiego nie badałem w archiwach i dokumentach, ale opierałem się na dostępnych publikacjach. Na informacje w nich zawarte nie miałem wpływu, miałem za to na to, żeby być wszędzie, przejść każdy szlak, każdy obiekt samemu sprawdzić i uniknąć takich rzeczy, które nieraz pojawiają się w przewodnikach, jak np. opis pięknego widoku z miejsca, które od 15 lat jest zupełnie zarośnięte, albo opis starego, drewnianego kościółka, który ponoć stoi obok nowego, a w rzeczywistości kilka lat wcześniej został przeniesiony do skansenu. U mnie tego nie ma – gwarantuję, że jak piszę, że jest widok, to jest widok. Mogę się pomylić w jego opisie, ale wiadomo, że widok jest (śmiech). Zawsze jak piszę, że jakiś obiekt stoi, to stoi. No, prawie zawsze, bo przyznam się, że w jednym przypadku popełniłem gafę, której nie zauważyłem w korekcie, ale o tym – cicho sza... Na około 700 opisanych obiektów, jeden się nie zgadza, ale nie zdradzę, który – niech czytelnicy szukają (śmiech).

Podpisujesz się zatem rękami i nogami pod stwierdzeniem, że "Podbabiogórze jest piękne"?

- Pewnie. Nie miałem wcześniej żadnej wątpliwości, a teraz wiem to podwójnie. Babia Góra jest piękna, ale nie tylko ona. A jeżeli ktoś szczególnie lubi Królową Beskidów i nie może się bez niej obejść, to na terenie całego Podbabiogórza widać ją świetnie z różnych stron, także z tych mniej utartych szlaków.

 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo Sucha24




Reklama
Reklama

 

Reklama
Reklama