Zaczęli w niedzielę o godz. 11:30 we Lwowie, a zakończą w najbliższą sobotę o godzinie 8 rano w Wiedniu. Tak wyglądał start i będzie wyglądała meta II Biegu Pocztyliona. W czwartek sztafeta przebiegła przez powiat suski zatrzymując się na rynku w Makowie Podhalańskim i w Suchej Beskidzkiej. Sam bieg to jednak ułamek tego, co składa się na Bieg Pocztyliona, o czym specjalnie dla naszego portalu mówi główny pomysłodawca biegu, prezes klubu PAKA-s (Polonijny Klub Aktywności Sportowch-Strzelectwo Sportowe), pan Emil Dyrcz,
W poprzednim roku Bieg Pocztyliona wystartował z Krakowa. Teraz sztafeta wyruszyła z położonego ponad 300 km na wschód Lwowa. - W porównaniu do poprzedniego roku, bieg został wydłużony. Mieliśmy obawy, jak organizacyjnie poradzimy sobie i jak nas przyjmą na Ukrainie. Spotkaliśmy się tam z bardzo silnym poparciem rozgłośni Radia Lwów. Wystąpili oni za naszą wschodnią granicą jako nasz partner, bo przepisy na Ukrainie przewidują, że obcy człowiek z obcego państwa nie może na ich terenie zrobić żadnej imprezy. Główna redaktor radia, pani Maria Pyż załatwiała wszystkie formalności urzędowe i nie dość, że otrzymaliśmy zgodę na bieg, to jeszcze asystę policji i karetki do przejścia granicznego w Medyce. W tę sprawę zaangażował się również nasz konsulat we Lwowie - mówi Emil Dyrcz.
- Start z Lwowa został poprzedzony mszą świętą w katedrze pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny. Bardzo utkwiły mi słowa księdza, które padły podczas mszy. Powiedział wszystko o naszym biegu, czemu jest poświęcony i dodał, że my, uczestnicy sztafety będziemy nieść przez cztery państwa wiadomość, że "oni, Polacy tu są i żyją". To było bardzo interesujące, bo było to nawiązanie do polskiego Lwowa. Zadaniem biegu jest także wspomnienie o Polakach, którzy mieszkają na Wschodzie. To nie jest Polonia, to są Polacy. Oni nigdy z Polski nie wyemigrowali. To Polska i jej granica się przesunęły. Ci ludzie ciągle tam są. Zdaję sobie sprawę, co ten ksiądz chciał powiedzieć, czyli "jesteśmy, żyjemy, mieszkamy i czekamy". Bieg Pocztyliona nie miał być biegiem politycznym, lecz sportowym, manifestacyjny, ale niestety nutka tego politycyzmu weszła. Utkwiło mi to w głowie - powiedział prezes klubu PAKA-s.
Po minięciu przejścia granicznego w Medyce, Bieg Pocztyliona przeniósł się do Polski. A tam... - Zainteresowanie jest większe niż rok temu i dużo ludzi dołącza się do naszego biegu. W poprzednim roku mieliśmy co prawda lepsze warunki pogodowe, a teraz ludzie biegli w nocy w strugach deszczu. Wymyśliliśmy nawet nowe hasło naszego biegu: "We mgle i w deszczu, w słońcu i w śniegu, ale zawsze w biegu" (śmiech). Było bardzo pomocne w trudnych chwilach (śmiech) - przyznaje Dyrcz i wylicza: - W Tarnowie np. mimo późnych godzin nocnych zebrała się duża liczba biegaczy, rowerzystów, którzy przeprowadzili nas przez całe miasto. Zaskoczeniem była dla nas wizyta w Łańcucie, gdzie nie mieliśmy przewidzianego żadnego spotkania, a tu się okazuje, że na nas czekają. Podjeżdża ochrona, straż, policja, włodarze miasta i udajemy się na rynek. Uznali Bieg Pocztyliona za fantastyczną sprawę i ideę i zadeklarowali na przyszły rok wsparcie, pomoc i duży współudział. Na pomoc mogliśmy również liczyć w Przemyślu. W Krakowie to miasto należało do nas. Gdybym tak jeździł normalnie po Krakowie, to pewnie zamknęliby mnie w wariatkowie. Przy pomocy policji i służb mieliśmy łatwy przejazd przez miasto.
W czwartkowy poranek Pocztylion zawitał do powiatu suskiego. Sztafeta miała do pokonania trasę Zembrzyce-Budzów i Maków Podhalański przez Górę Makowską. a główna ekipa już przed godziną siódmą rano zameldowała się na makowskim rynku. Od godziny 8 członkowie sztafety, którzy oczywiście nie biegli w tamtym momencie, przeprowadzali prelekcje z makowską młodzieżą, w trakcie których przybliżali m.in. ciekawostki związane z najstarszym wizualnego systemem komunikacji "Wici". O godzinie 9 biegacze wyruszyli na trasę do Suchej Beskidzkiej. Wraz z nimi kilka kilometrów pokonali także husarzy na koniach. - Cieszę się, że wszystko zostało świetnie przeprowadzone i mogliśmy liczyć na eskortę strażaków z OSP Maków Dolny czy policji - przyznaje.
Od Makowa aż do Żywca sztafecie towarzyszyli biegacze ze stowarzyszenia Mocni Pomocni. - W poprzednim roku ta grupa biegaczy nie była jeszcze sformalizowana, po prostu to byli pasjonaci, którzy w środku nocy postanowili do nas dołączyć (ZOBACZ: Bieg Pocztyliona przebiegł przez powiat suski). Bardzo się cieszymy z ich towarzystwa. Bywają pomyłki na trasie, można się zgubić, dołożyć parę kilometrów (vide sztafeta z czwartkowego poranka, która nie skręciła na Górę Makowską, lecz pobiegła do Bieńkówki i potem musiała się wracać), więc tym bardziej dobrze jest korzystać z wiedzy i doświadczenia miejscowych biegaczy. Jestem pełen podziwu dla Mocnych Pomocnych. W tak krótkim czasie tak wiele już zrobili, mam tutaj na myśli akcje charytatywne i jest to coś wspaniałego. Chętnie ich widzę także na jeszcze dłuższym dystansie naszego biegu w kolejnych edycjach - powiedział Emil Dyrcz.
Podobnie jak w poprzednim roku, Bieg Pocztyliona wsparły trzy samorządy. Oprócz wspomnianego starostwa były to gminy Maków Podhalański i Sucha Beskidzka. - Wszyscy nasi partnerzy i sponsorzy, którzy przyczynili się do tego, że Bieg Pocztyliona może się odbyć, są dla nas niezwykle ważni i cenni. Jest rzeczą oczywistą, że taki bieg wiąże się z dużymi kosztami. Przemieszczanie się przez cztery kraje Europy z taką grupą ludzi jest dużym wyzwaniem logistycznym i finansowym. Mamy wielu partnerów i bardzo się cieszę, że znowu na wysokości zadania stanęła Starostwo Powiatowe w Suchej Beskidzkiej, gmina Maków Podhalański i Sucha Beskidzka. Dla mnie to podwójna satysfakcja, bo jestem mieszkańcem tego regionu i cieszę się, że mogłem moim kolegom biegaczom, przyjaciołom przedstawić i pokazać mój rejon oraz pokazać, że są tu ludzie, którzy wspierają takie inicjatywy. Jest to bardzo ważne, bo informacja idzie w świat i ja się z tego osobiście bardzo cieszę - dodał.
W 2018 roku zatem możemy spodziewać się kolejnej wizyty Biegu Pocztyliona na terenach powiatu suskiego? - W pierwszej kolejności człowiek myśli o szczęśliwym zakończeniu tego biegu. Z tyłu głowy pojawiają się już plany następnego biegu. Notowane są pewne niedociągnięcia, albo rzeczy, których można było uniknąć. Myślimy nie dzień, ale dwa dni do przodu (śmiech) - podsumował Emil Dyrcz.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze