Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

wtorek, 29 sierpień 2017 09:16

78. ROCZNICA WYBUCHU II WOJNY ŚWIATOWEJ

78. ROCZNICA WYBUCHU II WOJNY ŚWIATOWEJ suchabeskidzkadawniej.pl

Najstarsi mieszkańcy Śleszowic, Tarnawy Dolnej i Tarnawy Górnej doskonale pamiętają tragiczny wrzesień 1939 roku, lata wojny i okupacji, wyzwolenia. Oto ich wspomnienia:

 

Józefa Gąsiorek urodziła się 5 czerwca 1931 roku. Kiedy wybuchła wojna, miała 8 lat. Wspomina, że Niemcy wkroczyli do Śleszowic w kilkanaście dni po wybuchu wojny. W grudniu zaczęli wysiedlać miejscową ludność. Pani Józefa wraz z rodzicami, siostrą i bratem pracowała u bauera. Jej rodzeństwo  zatrudnione było jako pomoc w pracach domowych, w gospodarstwie i na roli, a ona sama będąc nieletnią pasła krowy. Za wykonywaną pracę otrzymywali żywność. Bauer był człowiekiem dobrym. W tym okresie panowała bieda, głód i nędza. Nie było nic w piwnicy oprócz zmarzniętych ziemniaków, którymi żywili się ludzie. Front w Śleszowicach utrzymywał się  przez osiem dni. Toczyła się walka między wojskami rosyjskimi i niemieckimi. „To była krwawa rzeź” – wspomina pani Józefa. Niemcy zaatakowali Rosjan z okolicznych gór. Widać było nad nimi jedną, wielką łunę ognia, panował straszny huk. Pani Józefa wraz z grupą innych ludzi schroniła się przed strzelaniną w piwnicy. Rosjanie przychodzili do Śleszowic, Tarnawy i okolicznych miejscowości i zabierali, co się dało, mordowali bydło, kradli resztki żywności. Ukrywających się ludzi brali za Niemców, grozili im rozstrzelaniem. Trzeba było błagać ich na kolanach o litość.

Teofila Ćwiertnia urodziła się 17 października 1914 roku w Jędrzejowie, jako jedna z dziesięciorga rodzeństwa. „Mając dziesięć lat – wspomina – wyjechałam z trzema braćmi na Polesie Lubelskie. Lata przedwojenne były najpiękniejsze. Życie pozostawało sielanką. Często urządzano zabawy, festyny, loterie fantowe.”   Pani Teofila mając 15 lat pracowała w Fabryce Drzewnej w okolicach Kobla. Kiedy wybuchła II wojna światowa, miała 25 lat. W 1939 roku zamieszkała u najstarszego brata w Zabłociu. Tam pracowała na stacji PKP jako członkini organizacji zajmującej się pomocą dla uciekinierów i żołnierzy. W tym czasie ludzie masowo uciekali na wschód, do Rosji. Kiedy Ukraińcy zaczęli ich mordować, wycofywali się z powrotem  do Polski. Pani Teofila wraz z grupą innych młodych dziewcząt dostarczała uciekinierom przede wszystkim żywności, gdyż panował ogromny głód. Była to praca niebezpieczna, wymagająca wielu poświęceń. Pani Ćwiertnia była świadkiem licznych zbrodni popełnianych przez Rosjan na Polakach. Po pewnym czasie wyjechała do Ustrzyk Dolnych, gdzie rozpoczęła pracę w rafinerii. Wiele razy widziała, jak Ukraińcy mordowali niewinnych ludzi, nie szczędzili nawet dzieci. Torturowali w okropny sposób, wydłubywali oczy, kaleczyli ciało. Ludzi silnych, zdrowych, nadających się do pracy, wywożono w wagonach przeznaczonych dla zwierząt na Syberię, do łagrów. Wśród nich były też dzieci. Pani Teofila ze łzami w oczach wspomina nieludzkie rządy Ukraińców. Potem do naszego kraju wkroczyli Niemcy. Rosjanie zaczęli się wycofywać. Pani Ćwiertnia pracowała w Ustrzykach Dolnych do 1942 roku. Następnie wyjechała w swoje rodzinne strony do Jędrzejowa. Tam poznała swojego męża, który był inwalidą wojennym (stracił nogę), przebywał na wysiedleniu.  Do Śleszowic przybyli w 1946 roku. Chwilowo mieszkali w willi obecnego Ośrodka Zdrowia. Potem wybudowali dom nieco dalej nad zamieszkiwanym wcześniej budynkiem.

Anna Szczechowicz urodziła się 6 kwietnia 1928 r. w Ratuowie, województwo Nowy Sącz. Miała 11 lat, gdy wybuchła wojna. „Pamiętam dobrze ten dzień – stwierdza pani Anna – kiedy dowiedziałam się o wybuchu wojny. Wczesnym rankiem wraz z siostrą wyszłyśmy paść krowy. Czarny Dunajec cały stał w płomieniach, samoloty latały bardzo nisko. Ukryłyśmy się w lesie. Kiedy wróciłyśmy do domu, rodzice byli już spakowani i przygotowani do ucieczki. Jednak to się nie udało, ponieważ wieś obstawili hitlerowcy, którzy zabierali ludziom cały dobytek.” Mieszkańcy wioski  nie otrzymali kartek na żywność. Gdy pani Szczechowicz miała 14 lat, została powołana   na roboty przymusowe do Niemiec. Jedynym ratunkiem była ucieczka. Pani Annie udało się zbiec, latem ukrywała się w lasach, a zimą w oddalonych od wsi domach. Bardzo często głodowała, gdyż nikt nie wiedział, gdzie się podziewa. „We wsi – wspomina – urządzano często łapanki.” Podczas jednej z nich złapano panią Szczechowicz i zatrudniono przy kopaniu okopów w Wiśniczu koło Bochni. Wraz z kilkoma innymi osobami udało się jej zbiec. Uciekali polami z dala od  wsi Mszany Dolnej. Nocowali w snopach siana.  W grupie uciekinierów szły 4 osoby, które prowadził młody chłopiec z Wołynia.  W niedzielę pani Anna udała się do kościoła, gdzie została ponownie schwytana. Następnie wywieziono ją do Zakopanego, później do Rytra za Stary Sącz. Pani Anna uciekła  z tamtych stron, ale wkrótce została po raz kolejny schwytana przez Niemców. Tym razem pracowała przy kopaniu okopów przeciwpancernych w Opusznej i Gronkowie. Zapłatą za pracę była ćwiartka wódki, żywność musieli mieć swoją. Czasem pani Anna bywała w domu. Pamięta, że przychodzili do jej rodziny partyzanci z Tatr, którzy zabierali brata lub ojca, aby wywieźli ich w bezpieczne miejsca. Wyzwolenie przyszło  w lutym 1945 roku. Przybyli Rosjanie, rozpętując wielką strzelaninę w Rogoźniku. Partyzanci walczyli z Niemcami, którzy stopniowo wycofywali się na Suchą Górę na Słowacji. Front przeszedł przez Chochołów, słychać było strzały z ciężkiej broni. Wszystko zostało zrujnowane. Rosjanie zabierali ludzi do naprawy drogi, którą przewozili sprzęt i amunicję. Potrzebne materiały kradli u okolicznych gospodarzy. Kiedy front się przesunął od wioski, przyjechała policja NKWD. W rodzinnym domu pani Anny urządzili dla siebie mieszkanie. Nie wyrządzali ludziom krzywdy, niczego nie brakowało, jedzenia było pod dostatkiem. Brata pani Anny Rosjanie schwytali    i przetrzymywali dwa tygodnie. Z trudem udało mu się wrócić do domu. Po trzech tygodniach Rosjanie wrócili po niego, aby wywiózł ich w tajemnicy z tych terenów. „A ja ... - mówi pani Szczechowicz - w tułaczce wojennej zawędrowałam  do Śleszowic.”

Helena Owcarz urodziła się 9 września 1920 roku. Miała 19 lat, gdy wybuchła wojna. Mieszkała w okolicach Bochni. „Przez pół roku, po rozpoczęciu wojny ukrywał mnie – wspomina – proboszcz parafii Chronów, na plebanii.” W lutym 1940 roku panią Helenę schwytała niemiecka policja SS, z rąk której po miesiącu udało się jej zbiec. Ukrywała się wraz z trzema siostrami w starej stodole. Wkrótce została ponownie złapana i skierowana na przymusowe roboty do Niemiec. Pani Owcarz trafiła do niemieckiej rodziny. Byli to ludzie pobożni i dobrzy. Pracowała bardzo ciężko od świtu do późnej nocy, w lecie w polu, zimą w lesie. I tak przez pięć lat. Co miesiąc za pracę otrzymywała 15 marek. Wszyscy Polacy przebywający                           w Niemczech, musieli nosić specjalne znaki identyfikacyjne z literą „P”, co oznaczało Polak. Kto ich nie nosił, karany był wysoką grzywną. Często za to przewinienie odbierano zarobione pieniądze. Pani Helena stwierdza, że Polacy byli źle traktowani przez miejscową ludność niemiecką. „Często nas bito, wyśmiewano. Pod koniec wojny zabrano Polaków i odtransportowano do Budapesztu. Przebywaliśmy tam w obozach przez 3 miesiące. Po tym okresie Polacy zaczęli wracać w swoje rodzinne strony. Mnie los przywiódł do Śleszowic.”

Rozalia Huber urodziła się 22 września 1926 roku. Kiedy wybuchła wojna, miała 13 lat. „W 1940 roku do Śleszowic przyjechały niemieckie samochody. Hitlerowcy chodzili po domach i podniesionym tonem dawali rozkaz: „Pakować najpotrzebniejsze rzeczy”. Nie można było – wspomina pani Rozalia – zabierać walizek, tylko płócienne worki. Do głównej drogi w Mucharzu dojechaliśmy wozem. Potem pieszo udaliśmy się do Wadowic, gdzie spędziliśmy  3 dni w szkole, w bardzo trudnych warunkach. W jednej sali przebywało kilkadziesiąt ludzi. Na stacji w Wadowicach robiono nam zdjęcia.” Następnie pani Huber wraz z wysiedlanymi została przewieziona pociągiem do Bielska -Białej, później do Łodzi, pod Warszawę i do Częstochowy. Kres podróży nastąpił w Jędrzejowie. Ze stacji ludność została rozwieziona do okolicznych gospodarzy. Panią Rozalię oddzielono od reszty rodziny. Rozpoczęła pracę  w folwarku. Zajmowała się domem, pasła i doiła krowy, sprzątała, gotowała. Wynagrodzeniem za pracę była żywność. Rozmówczyni wspomina, że często kradła ziemniaki, jarzyny, owoce, chleb, aby pomóc rodzinie, która znajdowała się w znacznie gorszej sytuacji. Po czterech latach cała rodzina wróciła do Śleszowic. Zastali spalone, zrównane z ziemią gospodarstwo. Zamieszkali najpierw u rodziny na Rówieńcu, potem  u państwa Piątków aż do czasu wybudowania domu.

Anna Szczygieł urodziła się 4 maja 1913 roku. Gdy wybuchła wojna, miała 26 lat. Pracowała w Stryszawie u bauera. Wykonywała prace domowe, zajmowała się bydłem, pomagała w polu. Żyła w bardzo trudnych warunkach. Mieszkała w oborze wraz  z czterema innymi służącymi. W co drugą niedzielę miesiąca wolno jej było odwiedzić rodzinę w Śleszowicach. Za swoją pracę nie otrzymywała żadnego wynagrodzenia.

Helena Spyrka urodziła się 6 września 1925 roku. Podczas wojny została wywieziona do Niemiec. Mając 14 lat rozpoczęła pracę w gospodarstwie liczącym 3000 morgów. Zatrudniano tam około 50 osób, które pracowały pod nadzorem Niemców, latem przy żniwach, zimą w lasach. Gospodarze posiadali również spore stado bydła, które trzeba było żywić, paść, doić. Za ciężką wręcz morderczą pracę płacono niewiele, kilka marek i trochę żywności. „Jeden z Niemców – wspomina pani Helena – wyjątkowo nie znosił Polaków. Znęcał się nad nimi, bił. Zginął w wypadku na polu pod kołami traktora. Może za nasze krzywdy powiedziała po chwili pani Spyrka w zadumie.” W Niemczech pani Helena pracowała prawie do końca wojny. Po powrocie do Polski została zatrudniona u bauera w Śleszowicach

Helena Gałuszka urodziła się 1 lutego 1929 roku. Gdy rozpoczęła się wojna, miała 10 lat. Została wysiedlona wraz z rodziną do Jędrzejowa, podobnie jak większość mieszkańców Śleszowic. Przebywała w Łysakowie. Po pewnym czasie przybyła do Krzeszowa, gdzie służyła jako pomoc domowa u bogatej rodziny. Kiedy Niemcy rozpoczęli łapanki, udała się wraz ze swoją mamą do ciotki, która mieszkała w Stryszawie. Tam pracowała w gospodarstwie, zajmowała się dziećmi. Gdy wróciła do domu przyszedł front i znów trzeba było uciekać przez pola z dala od wioski. Pani Helena udała się do Tarnawy Dolnej, a następnie do Stryszowa. Po drodze widziała wielu zabitych, okoliczne góry usłane były setkami ciał. „To był okropny widok” – wspomina. Po froncie pani Gałuszka wraz z rodziną wróciła do Śleszowic. Wszystko było spalone i doszczętnie zniszczone. Trzeba było zaczynać od nowa.

Marian Gałuszka urodził się 19 stycznia 1926 roku. Miał 13 lat, gdy wybuchła wojna. Wkrótce Niemcy zaczęli wysiedlać mieszkańców Śleszowic w różne części Polski. Rodziców pana Mariana nie było w domu, wyjechali na targ. W domu zostały tylko dzieci. Niemcy przesiedlili je do sąsiadów. Dom zajął niemiecki rolnik.  Rodziców pana Gałuszki hitlerowcy przesiedlili do drugiej rodziny Gałuszków, gdzie mieszkały już 4 familie. Było bardzo ciasno, wszyscy przebywali w jednym pokoju. Po trzech tygodniach cała rodzina musiała przenieść się do Tarnawy Dolnej, do familii Matuszyka. Wielokrotnie atakowani byli przez Niemców. W czasie jednej z obław pan Gałuszka uciekał przez okno w samej bieliźnie. Niestety naziści schwytali go i doprowadzili do domu. Wkrótce pan Marian uciekł ponownie. Tym razem się udało. Ukrywał się przez kilka tygodni, nie mogąc nigdzie się zatrzymać. W końcu trafił do Tarnawy Dolnej do Wojciecha Kadeli, który był „folksdojczem”. Pracował u niego wraz z innymi mieszkańcami Śleszowic, aż do nadejścia frontu. W styczniu w kilka tygodni po froncie powrócił do rodzinnej wioski. Jego dom i gospodarstwo były całkowicie zniszczone. Chwilowo zamieszkał u Niemca Mracznego, gdzie zatrzymało się też kilka rodzin do czasu odbudowania domów.

Stanisław Huber urodził się 5 czerwca 1917 roku. Liczył 22 lata gdy wybuchła II wojna światowa. Mieszkał u swojego brata w Śleszowicach. Niemcy wkroczyli do wsi w tydzień po wybuchu wojny. Zaczęli rozdawać ludziom kartki na żywność i sporządzać rejestr ludności w celu wysłania na przymusowe roboty do Niemiec. Aby tego uniknąć, pan Stanisław uciekł z domu i ukrywał się w lesie. W tym czasie poszukiwał go bauer Mans, który posiadał dom i gospodarstwo na miejscu obecnego sklepu GS  Mans miał własny sklep i poszukiwał ludzi do pracy. Wkrótce pan Stanisław rozpoczął u niego pracę jako dostawca towarów. Kupował je na kartki i przywoził z Wadowic. Przemycał też skóry cielęce z garbarni z Zembrzyc, aby potem je sprzedać i zarobić na utrzymanie. Niemcy znali go już dobrze i bez kontroli przepuszczali przez granicę. Pan Stanisław pracował również w polu i zajmował się gospodarstwem. Kiedyś Wiktor Jamróz – kolega pana Hubra uciekł z Niemiec w swoje rodzinne strony do Krzeszowa. Niemcy rozpoczęli poszukiwania. Pragnęli, aby pan Stanisław zaprowadził ich do jego domu. Ten błądził z gestapowcami po okolicznych górach i lasach, aż w końcu doprowadził ich pod zły adres. W czasie zamieszania udało się panu Hubrowi zbiec do pobliskiego lasu, gdzie schronił się i w ten sposób uniknął kary śmierci. Pan Stanisław wspomina także front. Pierwsze strzały słychać było około godziny 1000 rano 15 czy 16 stycznia. Linia frontu rozciągała się wzdłuż domu państwa Wajdzików i dalej na południe, obejmowała obecny Ośrodek Zdrowia aż do zabudowań rodziny Gąsiorków, gdzie wówczas mieszkał Mraczny – Niemiec z pochodzenia. Tam front utrzymywał się najdłużej. Krwawe walki toczyły się 8 dni. Pan Huber o wiele lepiej wspomina Niemców niż Rosjan. Niemcy byli zdyscyplinowani, lubili ład i porządek. Rosjanie natomiast to bałaganiarze, ludzie podli, mordowali żywy inwentarz i zabierali nawet ostatnią kromkę chleba. Bracia pana Stanisława – Józef i Jan zostali wysiedleni w okolice Lublina, a potem przenieśli się do Białki i zamieszkali u Żyda Libana.

Tadeusz Michałek urodził się 13 marca 1929 roku. W wieku 10 lat został wysiedlony z całą rodziną do Jędrzejowa. Po ucieczce z tamtych terenów, mając 13 lat, rozpoczął pracę u bauera Frombeka w Śleszowicach. Zajmował się stadem składającym się   z 10 krów. Pracował też na roli. Wstawał wcześnie, bo już o godzi-nie 300  lub 400 rano. Sypiał w oborze, żył w bardzo trudnych warunkach. Nie miał się w co ubrać. Jedzenie też było marne. Płacono mu tylko 10 marek miesięcznie. Pan Tadeusz wspomina, że kiedyś pasąc krowy, zasnął. Zwierzęta weszły na pole i zjadły cały owies. Był bardzo przerażony tym, co może się z nim stać. Na szczęście gospodarze, u których pracował, rzadko doglądali swoich pól, więc zboże zdążyło odrosnąć do żniw. Pan Michałek święta spędził u bauera, ponieważ jego rodzina przebywała w Jędrzejowie. Na wigilię służba otrzymywała gotowaną pszenicę z mlekiem. Podczas frontu pan Tadeusz uciekł z domu. Ukrywał się w stodołach, piwnicach, lasach. Po wojnie, podobnie jak inni mieszkańcy Śleszowic, zaczynał wszystko od nowa.

Józef Szczygieł urodził się 31 grudnia 1911 roku. Na początku wojny pracował kilka miesięcy w niemieckiej firmie „Kupra”. Potem został zawieziony do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, gdzie budował baraki dla więźniów. Zimą udało mu się stamtąd uciec. Był poszukiwany przez Niemców. Otrzymał rozkaz natychmiastowego stawienia się do pracy. Ukrywał się w stodołach, lasach, opuszczonych domach. O mało nie utonął w Skawie, która niosła go wyczerpanego przez kilkaset metrów. Był zmęczony, głodny, miał na sobie podarte ubranie i dziurawe buty, ale trzeba było uciekać dalej. Niemcy zatrzymali go w Śleszowicach i zaprowadzili do szkoły do Mracznego, który potwierdził, że go zna i w ten sposób został uratowany. Nie chciał jednak służyć Niemcom, więc znów uciekł. Tym razem ukrywał się na Błądzonce. To właśnie stamtąd pan Szczygieł widział, jak paliły się wszystkie okoliczne wsie. Widać było ogromne łuny ognia  i wybuchy. Po powrocie zastał Śleszowice w strasznym stanie. Wszędzie porozrzucane były ciała ludzi i zwierząt. Tak wyglądał tragiczny koniec wojny.

Ignacy Kadela urodził się 13 maja 1914 roku. W czasie wojny otrzymał wezwanie do wojska. Stawił się do Wadowic, skąd został odesłany do Krakowa. Następnie razem   z armią szedł pieszo na Ukrainę. Potem z Pińczowa maszerował do Biłgoraju. Za tą miejscowością zostali otoczeni przez wojsko niemieckie. Hitlerowcy wzięli żołnierzy do niewoli, prowadząc ich 50 km do Józefowa. Wkrótce zostali przewiezieni do Opatowa, gdzie byli przetrzymywani w stodołach u gospodarzy. Później skierowano ich do więzienia w Pińczowie, gdzie przebywali cały tydzień wśród oficerów, pułkowników    i generałów polskich. Pan Ignacy zbiegł z więzienia razem z kilkoma żołnierzami. Nocą przedarli się przez mur obronny i wydostali  na zewnątrz. Udali się do Wadowic, gdzie otrzymali pracę przy budowie mostu. Po przejściu frontu pan Ignacy wrócił do Śleszowic.

Anna Gałuszka urodziła się 10 lipca 1913 r. Podczas wojny została wysiedlona  z dwojgiem dzieci na Śląsk. Mąż pozostał w domu. Mieszkała w ciasnym baraku  z wieloma innymi ludźmi z całej Polski. Pracowała bardzo ciężko w cegielni. Miała tak samo jak inni jej współtowarzysze niedoli poobdzierane dłonie od noszenia cegieł. Za pracę otrzymywała jedynie skromne racje żywności, trochę ziemniaków, zupę i mleko dla dzieci. Rodzina pani Anny starała się o jej zameldowanie w Zembrzycach. Udało się jej zameldować w Lachowicach, gdzie przebywała już do końca wojny. Przeżyła tam front. Toczyły się krwawe walki. Ludzie chowali się w piwnicach przed bombami i pociskami. Po zakończeniu wojny pani Anna powróciła z rodziną do Śleszowic. Utraciła dom i cały dobytek. Zamieszkała u Szczygłów i rozpoczęła budowę nowego domu.

Antonina Studnicka urodziła się 16 maja 1921 roku. W czasie wojny 18 października w wyniku pożaru spłonął jej dom. Wkrótce została wysiedlona z rodziną do Tarnawy Dolnej. Tam przebywała i pracowała aż w czterech miejscach. Było jej bardzo ciężko, gdyż musiała opiekować się chorą matką i osiem-dziesięcioletnią babcią. Ojciec pani Antoniny przebywał w Niemczech na robotach przymusowych, a siostra pracowała u bauera  w Mucharzu. Pani Studnicka bardzo często powoływana była do wykonywania darmowych prac u niemieckich rolników.

Krystyna Mikołajek urodziła się 9 marca 1932 roku w Tarnawie Dolnej. Pamięta okupację. Mężczyzn z wioski hitlerowcy zatrudnili przy zwożeniu drewna do tartaku znajdującego się w pobliskiej Suchej. W Tarnawie Górnej  mieściła się polska szkoła, do której uczęszczały dzieci z Jaszczurowej, Krzeszowa i Śleszowic. Nie wolno jednak było uczyć języka polskiego, historii i geografii. We wsi Śleszowice dokładnie w Willi znajdował się ośrodek wypoczynkowo-szkoleniowy dla młodzieży niemieckiej,  tzw. „szkoła hitlerjungend”. Naziści bardzo często zaczepiali miejscowe dzieci, bili je, zabierali im zakupy, a także uzbierane w lesie jagody i grzyby. Pani Krystyna pamięta też styczeń 1945 roku. Cała rodzina siedziała w piwnicy kilka dni. Było bardzo zimno i nie mieli co jeść. Gdy starły się wojska rosyjskie i niemieckie, zaczęły spadać bomby. Wybuchom nie było końca. Wiele osób zostało rannych, a nawet zabitych. Po wyzwoleniu ludzie zaczęli powoli odbudowywać swoje domy i gospodarstwa. Państwo dawało zapomogi, m. in.: w postaci drzewa. Rozbrajano miny, aby można było rozpocząć prace polowe. W wyniku działań wojennych ucierpiała szkoła. Właściwie ocalała tylko jedna sala lekcyjna. Brakowało pomocy dydaktycznych  i przyborów szkolnych. Jednak trudności nie były wówczas najważniejsze. Wszyscy cieszyli się z zakończenia wojny.

Władysław Zadora urodził się 12 września 1931 roku w Jaszczurowej.  W domu rodzinnym panowała ciężka sytuacja materialna. Dokuczał przede wszystkim głód. Liczna rodzina  utrzymywała się jedynie z niewielkiego gospodarstwa. Podczas wojny w Jaszczurowej było w miarę spokojnie, gdyż wioska ukryta jest między wzniesieniami Beskidu. Bardziej ucierpiały okoliczne wsie m. in.: obie Tarnawy   i Śleszowice. W lasach kryli się partyzanci. Pan Władysław wspomina swoich 20–letnich braci Bolesława i Czesława, którzy zasilali miejscowy oddział partyzancki. Dalej mówi, nie kryjąc łez, obydwu braci schwytali Niemcy i wraz z innymi rozstrzelali w Tarnawie Górnej.

Jan Knapik urodzony 2 stycznia 1922 roku wspomina: „Zobaczyłem przed domem wojskowe samochody z symbolami niemieckiego krzyża zimowym rankiem  1940 roku. Kilku hitlerowców skierowało się ku drzwiom wejściowym mojego domu. Najpierw zażyczyli sobie noclegu i jedzenia. Jednak po pewnym czasie kazali domownikom się spakować i czekać przy autach. Zabraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy – trochę żywności i ubrań. Razem z rodzicami i braćmi ze wzruszeniem pożegnaliśmy dom rodzinny. Niemcy przywieźli nas do Skawiec, a następnie umieścili w pociągu, który zawiózł nas do miejscowości Frisztak w Czechach. Pracowałem tam z rodziną  przy sortowaniu i układaniu ubrań po Żydach. Długo, bo aż 3 lata po 12 godzin na dobę.”

Maria Miś, gdy wybuchła wojna, miała 16 lat. „Pamiętam – wspomina pani Maria – że dużo tarnawskich rodzin hitlerowcy wywieźli z własnych domów. Kierowali ich do innych budynków lub w głąb Niemiec na przymusowe roboty, bądź do obozów koncentracyjnych. Pięć osób z mojej rodziny pracowało w fabryce w Mucharzu wykonując bomby. Robili od świtu do zmroku, jedynie za zupę, którą nazywali „antop” oraz za czarną kawę.”

Anna Rubiniak urodziła się 27 lipca 1941 roku. „Z Tarnawy zostało wysiedlonych około pięćdziesiąt pięć rodzin do niemieckich obozów. Jedną z nich była familia Szczepana Wajdzika (ur. 13 października 1906 roku). Po zburzeniu mojego domu Niemcy kazali mi – wspomina pani Anna – zamieszkać w posiadłości Żyda (obecnie mieszka tam pani Czaicka). Żydów wyjechał stamtąd wraz ze swoją rodziną tuż przed rozpoczęciem wojny. Nie wiem dokąd. W roku 1945 do Tarnawy wkroczyła Armia Radziecka IV Frontu Ukraińskiego, wypierając hitlerowców. Podczas walk zginęło wielu żołnierzy zarówno niemieckich jak i sowietów. W owym czasie panowała sroga zima. Żołnierze radzieccy ubrani byli w białą odzież, co znacznie utrudniało ich rozpoznanie w terenie. Pamiętam też, że znajdujące się na moim polu uprawnym oraz na obszarze koło szkoły groby żołnierzy rosyjskich tuż po wojnie ekshumowano i złożono   w zbiorowej mogile.

Okres powojenny był bardzo trudny. Ludzie nie mieli co jeść i w co się ubrać. Dzieci dokarmiano w szkole. Gotowano im zupy i podawano tran. Grasowały też  w Tarnawie i okolicy bandy UPA. Ich członkowie rabowali żywność i mordowali ludność bez skrupułów. Przemocy z ich strony doświadczyli moi rodzice” – powiedziała z bólem w sercu pani Anna.

Józef Paleczny urodził się w 1912 roku. „W Tarnawie – powiedział – po jednej stronie rzeczki walczyła Armia Czerwona, a po drugiej Niemcy. Ludzie zazwyczaj ukrywali się w piwnicach. Pan Józef pamięta kobietę biegnącą wzdłuż rzeki, której zastrzelono dziecko, trzymane przez nią na rękach. Zginęła też jedna z tarnawskich rodzin, która ukrywała się w piwnicy domu spalonego przez nazistów. W Zembrzycach po wojnie - kontynuuje pan Józef w pomieszczeniach PKP oraz w suskim zamku zostały rozmieszczone jednostki NKWD. Jej siły w postaci policji politycznej dokonywały aresztowań ludzi podejrzanych o współpracę z okupantem oraz stanowiących zagrożenie dla reżimu sowieckiego.”

Anna Wajdzik urodziła się 1 marca 1922 roku. „Pamiętam jak do Tarnawy wjechał patrol niemiecki na koniach. Przelatywały bombowce. Wśród mieszkańców wybuchła panika. Niemcy utworzyli granicę na rzece Skawie. Tarnawa i Śleszowice stanowiły tereny włączone do III Rzeszy, a Zembrzyce, Stryszów i Dąbrówka należały do Guberni. Hitlerowcy mieszkali jakiś czas w szkole w Tarnawie. Dokonali selekcji ludności. Jednych pozostawili na miejscu, innych wywozili do Niemiec na roboty, do obozów koncentracyjnych, a także do lagrów w okolice Kachłowic. Miejsce   w gospodarstwach mieszkańców wysiedlonych zajmowali Niemcy zwani bauerami.  Ci, którzy pozostali, musieli u nich ciężko pracować. W styczniu 1945 roku Armia Czerwona pokonała Niemców. Naziści wycofując się zabierali wszystko, co tylko zdołali, a pozostałości niszczyli. Na Tarnawskiej Górze Niemcy zainstalowali obserwatorium. Rosjanie zdobyli je po zaciętych walkach.”

Jan Kalemba urodzony w 1931 roku wspomina: „8 września Niemcy wkroczyli do naszej wsi. Walki nie trwały długo. Armia niemiecka ruszyła dalej na wschód. Nieliczny oddział niemiecki zajął się okupacją. Do mojego domu przyjechał bauer – gospodarz niemiecki z własną rodziną. Nasza familia została przesiedlona do domu sąsiadów, których z kolei Niemcy wywieźli do Guberni, czyli za Skawę. Ojciec i brat ciężko pracowali w gospodarstwie. Moje zadanie polegało na pasieniu krów. Dostawaliśmy deputat kartkowy na żywność i ubiór. ale bardzo niski, zupełnie niewystarczający. Wielu mieszkańców z okolicznych wsi hitlerowcy zatrudniali przy produkcji broni w pobliskim Mucharzu. Działa przeciwlotnicze i moździerze  usytuowane były na Tarnowskiej i Prorokowej Górze. Najcięższe walki miały miejsce w styczniu  1945 roku, kiedy to Armia Czerwona Frontu Ukraińskiego walczyła o oswobodzenie naszych terenów spod jarzma nazistowskiego. Słyszeliśmy wówczas strzały i wybuchy artylerii. Front przechodził przez Błądzonkę, zahaczając o Zembrzyce, Tarnawę i Śleszowice. Trwał 8 dni. Hitlerowcy zostali wyparci z wioski. Długo potem znajdowaliśmy w polach, potokach taśmy z karabinów maszynowych i granaty. Po ostatniej powodzi – stwierdza pan Jan – mieszkańcy osiedla Basiówki znaleźli w rzece pod naszym domem niewypał  z moździerzy.”

Cecylia Nosal urodziła się w 1922 roku. „Pamiętam, iż Tarnawę Dolną, podobnie jak okoliczne wioski, zajęli Niemcy tuż po wybuchu wojny. Ze wszystkich stron słychać było straszliwe huki i wybuchy. Z armat rozstawionych wokół domów Niemcy strzelali w kierunku Mucharza. Przez wieś maszerowały oddziały wojsk niemieckich   i rosyjskich. Pewnego dnia ktoś rozgłosił, iż Tarnawa wkrótce zostanie wysiedlona. Moja rodzina z kilkoma innymi ukrywała się w lesie całą noc. Jednak okazało się,   że był to fałszywy alarm. Następnej nocy Niemcy nieoczekiwanie wpadli do domu. Rozkaz brzmiał: „Natychmiast się ubierać i wychodzić na zewnątrz!”. Wkrótce okazało się, że wraz z sąsiednimi rodzinami musimy opuścić dom. Dla nas wszystkich sprawa była jasna, zostaliśmy wysiedleni. Jechaliśmy pociągiem parę dni w okropnych warunkach, bez jedzenia i postoju na załatwienie spraw fizjologicznych. Do dziś zastanawiam się, czy hitlerowscy oprawcy wojenni mogą być nazwani ludźmi? Dotarliśmy do Złocieńca. Tam moja mama pracowała w niemieckim gospodarstwie. Mnie przydzielono zajmowanie się młodszym rodzeństwem oraz pasieniem bydła. Wróciliśmy do rodzinnych stron w 1946 roku. Zastaliśmy zniszczony dom, głód, nędzę,  ale byliśmy wreszcie po tylu latach tułaczki na swoim ... I to było wtedy dla nas najważniejsze ...”

Eugeniusz Łasak urodzony 29 kwietnia 1928 roku wspomina: „Już w drugim dniu wojny nad Tarnawą przelatywała grupa niemieckich samolotów. Jeden z nich oddał strzały do orzących w polu rolników. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Po południu do miejscowości na motocyklach wjechali pierwsi niemieccy żołnierze. Nie było trudno się domyślić, nadchodził ciężki okres okupacji. Naziści najpierw wykonali spisy ludności i zwierząt. Ogłosili też  zakaz uboju zwierząt dla własnego użytku, Latem 1943 roku w szkole zostało zwołane zebranie, po którym około 50 rodzin zostało zmuszonych do opuszczenia swoich gospodarstw. Jednych wywieziono na Śląsk do obozów koncentracyjnych, innych do sąsiednich i okolicznych domostw. Moja rodzina znalazła się w tej ostatniej grupie. W naszym rodzinnym domu zamieszkał Niemiec Peter Franc z żoną Rozą. W 1945 roku Armia Czerwona walczyła z Niemcami o wyzwolenie. Strzelanina frontowa trwała tydzień. W tym czasie ukrywaliśmy się   w piwnicach. Jeden z pocisków upadł 10 metrów od domu, powodując pęknięcie szyb   i dachówek ... około trzystu ... Rosjanie wcale nie byli lepsi od Niemców, zabierali żywność, odzież ..., ale ludność żyła ze świadomością, że nadeszła wolność”.

Franciszek Dudziak urodził się 6 czerwca 1923 roku. Jest mieszkańcem Tarnawy Górnej. Wspomina, że przed wojną sołtysem wsi był Zadora, a radnym Ludwik Małysiak. W czasie okupacji pan Franciszek zatrudniony był w fabryce bomb Wildnera, członka SS w Mucharzu. Produkowane tam bomby fosforowe ważyły od 750 kg do 1 tony, zaś rozpryskujące około 75 kg. Pan Franciszek pracował po 12 godzin na dobę w tokarni przy obróbce wykończeniowej dekli przytykowych do bomb. Zarabiał  25 marek miesięcznie. W zakładzie obowiązywał cykl produkcyjny na trzy zmiany. Pan Dudziak pamięta, iż nocą, gdy przemierzał pieszo wraz z grupą kolegów 9 kilometrowy odcinek trasy z domu do fabryki, niejednokrotnie hitlerowcy strzelali do nich, biorąc ich   za partyzantów. Kierownik zakładu Bek poniżał i bił pracowników, np. spóźniających się, czy opornie wykonujących powierzone im zadania. Często nakładano też nawet za drobne przewinienia tzw. „robotę karną” w cztery kolejne niedziele. Pan Dudziak    ze wzruszeniem mówił o braciach Mikołajkach: Felicjanie, Józefie i Piotrze, których Niemcy rozstrzelali w Tarnawie Górnej. Ten ostatni żył jeszcze, ale wkrótce hitlerowiec ugodził go bagnetem prosto w serce. Walka o wyzwolenie Tarnawy Górnej w styczniu 1945 roku trwała około 8 dni. Walczyli zaciekle Rosjanie z Niemcami – kontynuuje pan Franciszek - ludność schroniła się w piwnicach, niektórzy uciekali do pobliskich lasów. Podczas starć frontowych Niemcy zastrzelili dziecko Marii Targosz, u państwa Baców spaliło się dwóch mieszkańców i jeden Rosjanin, zabito też pana Harańczyka. Spalono wtedy prawie połowę Tarnawy Górnej. Nacierający żołnierze rosyjscy    i wycofujący się niemieccy zabierali mieszkańcom cały dobytek. Rosjanie mówili wówczas „sołdat musi jeść”. Na terenie Bani pochowanych jest pięćdziesięciu Niemców, a na Kudziówce pięciu”.

Maria Małysiak urodziła się 12 września 1925 roku. Mieszka w Tarnawie Górnej. Wraz z koleżanką Julią Nosal zostały wywiezione w głąb III Rzeszy na przymusowe roboty. Pani Maria w niemieckim Państwowym Gospodarstwie Rolnym pracowała    od  7 czerwca 1941 roku, aż do zakończenia wojny. Praca w oborze przy krowach, w polu i w ogrodzie rozpoczynała się od czwartej rano i trwała do wieczora. Pani Małysiak otrzymywała 16 marek miesięcznie i kartki żywnościowe na 3 kg chleba, 8 bułek 1 kg cukru. Mieszkała w baraku, w małym pokoiku wspólnie z dziesięciorgiem osób. „Obowiązki wykonywałam solidnie – wspomina Pani Maria – aby nie prowokować niemieckich gospodarzy.” Po za-kończeniu wojny pani Małysiak wróciła pieszo do Tarnawy Górnej. „Potem ... no cóż ... wszystko zaczynaliśmy od nowa ... a mój mąż Julian w latach 1954-1986 pełnił funkcję sołtysa. Pilnym zadaniem do realizacji była elektryfikacja wioski. Każdy mieszkaniec posiadający las oddawał 4 drzewa na wykonanie słupów elektrycznych – stwierdza pani Maria - I udało się. Światło zabłysnęło w 1958 roku. Jeszcze dziś wspominam lampy naftowe, którymi oświetlaliśmy mieszkania i ten półmrok panujący w pomieszczeniach. W czynie społecznym wybudowana została świetlica. Mieszkańcy dostarczali za darmo drewno na budowę obiektu i pracowali po 15 dni społecznie. Z pomocą gminy pokryty został dach i założone rynny. Ludność również społecznie pracowała przy budowie drogi i rozbudowie szkoły. W latach 1987-1989 sołtysem wsi był Łaczek, potem Mikołaj Wójciga, a obecnie moja córka Zdzisława Mikołajek”.

Julian Leśniak był jednym z mieszkańców Tarnawy, którego zabrano do roboty przymusowej do Oświęcimia. Pracował tam przy budowie Zakładów Chemicznych. Widział jak maltretowano, a następnie zabijano więźniów. Codziennie wraz    z towarzyszami budowy spoglądał ze smutkiem na czarny dym unoszący się z kominów krematoryjnych. Po zakończeniu wojny opisał wszystko co widział. Jego listy wykorzystano do badania zbrodni hitlerowskich w procesie norymberskim. Obecnie znajdują się one w Muzeum na terenie byłego obozu koncentracyjnego Oświęcim – Brzezinka.

Dziękuję bardzo świadkom wydarzeń oraz ich rodzinom za udzielenie wywiadów i udostępnienie materiałów dzięki którym powstało to opracowanie.

                                                                                          Kazimierz Surzyn

 

----- ----- -----
----- ----- -----
Home Top of Page