Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Jacek Moćko
wtorek, 06 czerwiec 2017 23:50

Marian Bucała. Znalazł babkę w lesie, wrzucił ją do plecaka i poszedł… Wyróżniony

Marian Bucała z Suchej Beskidzkiej nie znał ojca i nie miał matki. Miały go porwać odmęty Skawy, ale go ocalono i nie był to przypadek. Miał coś na tym świecie do wystrugania. Ilość figurek, które stworzył, powala. Można je spotkać na całym świecie. Są jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne i takie nasze.

 

Ile ma Pan lat?

- Trzysta

To dobrze Pan wygląda

- Ja musze mieć ze trzysta lat, bo to jest nie możliwe, żeby wciągu osiemdziesięciu lat życie zmieniło się na inne, z góry powiem, że na takie nie nasze, nie swoje. Ja od małego obserwowałem ludzi, przyrodę, bo urodziłem się w krzakach nad Skawą…

Jak to?

- Nie mówiłem nigdy słowa mamo, ale ja byłem niczyj. Do tego czasu nie wiem gdzie się urodziłem, czy w wiklinie nad Skawą? Z rodzinnych przekazów wiem, że dziadek świętej pamięci Stanisław Bucała w 1937 roku posłał najmłodszą swoją córkę (a tych dzieci miał z dwóch żon coś czternaście) i powiedział jej – „idź po tego bękarta i przynieś to dziecko do chałupy, tyle dzieci wychowałem swoich to i to jedno się zmieści”. Ja w tym czasie leżałem w pudełku po butach dużego numeru - może 46 - i matka (chociaż tak nie można powiedzieć, bo matka coś dla dziecka robi) wzięła mnie na most i z tego mostu chciała mnie rzucić do Skawy, tylko ta ciotka w ostatniej chwili mnie uratowała. Inaczej byłbym Mojżeszem pod Zembrzycami płynąłbym w pudełku. To wiem z opowiadań. Myślicie, że kłamię? Ja bym tak nie umiał. (śmiech)

Wtedy byłby pana artystą z Zembrzyc, a tak jest pan artystą z Suchej Beskidzkiej.

- To że z Suchej - to się zgadzam. Jestem na tyle stary proszę panią i nie pozwolę sobie ubliżać, i nazywać mnie artystą, chyba że tacy nic nie są warci.

 Niedawno otrzymał pan nagrodę Starosty Suskiego za osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania kultury i ochrony dziedzictwa kulturowego i pan nie wierzy, że jest artystą?

- Dostałem w życiu parę nagród od dobrych ludzi.

A jak by pan nazwał to, co pan robi?

- Potrzebę własnego ja.

Ale robi pan to, czego inni nie potrafią, tylko pan to potrafi!

- Raz byłem na dużej wystawie w Krakowie. Zawieźli mnie tam. Miałem dwadzieścia parę lat wtedy. To była duża wystawa – stu czterech twórców. I tam było napisane: „Ten jest wielki, kto wielki jest taki, jaki jest z natury i  kto w niczem nie przypomina nam innych” – Emerson to napisał. I wtedy pomyślałem: acha to ja już wiem teraz po co tu przyjechałem, ja nic nie umiem! Umiem to co ty, ty, tamten i dziesiąty – tylko my między sobą konkurujemy na zasadzie „jo tys”, czyli tyś strugoł – jo tys, ale my obydwaj nie wiemy o co chodzi. I wtedy zacząłem szukać, wziąłem sobie ten cytat do serca. Odrzuciłem to wszystko co robiłem do tego czasu, bo może i umiałem trochę strugać, przy krowach się nauczyłem, ale pomyślałem „no szukaj że człowieku siebie, ale gdzie?”

I znalazł Pan siebie w pokrzywionej brzozie?

- Od małego obserwowałem przyrodę i mnie się to wszystko podobało! Ja w byle czym: w jakimś tworzywie samorodnym, w chorej, pokrzywionej gałęzi widziałem - no kogo? Człowieka takiego, przy którym się wychowałem. Widzicie, ta figurka to chłop, który niesie patyki z lasu, a tu jest nawet jedna z dzieckiem, a tutaj jest żebrak. Bo ludzie wtedy się tak dzielili na: pany, chłopy, biedaki, żebraki.


I tak o to powstały bucałki – niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju figurki, które Pan tworzy. Charakteryzują się tym, że znaczna ich część to samorodny kształt, który Pan umie dostrzec?

- Tak, po tej wystawie nieudanej w Krakowie, wymyśliłem coś takiego. Trzeba szukać takiego chorego drzewa w lesie, zobaczyć w nim postać i wstawić jej twarz, wykształciłem swój taki wizerunek. Te figurki są smętne, ale one mi niesamowicie przypominają tamtych ludzi. I jak ja już miałem swoją własną wystawę, przyjechał taki jeden profesor i od razu kupił dziesięć sztuk. Więc to był taki azyl, że ja to mogę robić, to się podoba. Ta samorodność wyszukana przez ze mnie to jest coś, co ja umiem, plus ta twarz dorobiona. Ale trzeba tak długo chodzić po lesie… Jednego dziadka albo dwa znalazłem na jednej górze, tam zaś babkę – patrzę - siedzi na brzózce i się pytam: co tu siedzisz? Zmarzniesz! I wrzuciłem ją do plecaka i poszliśmy…

Dużo pan wykonał tych figurek?

- Około sześć tysięcy. Są one już całym świecie. Nawet do Ameryki pojechały. A raz widziałem w jakieś sztuce teatralnej z Anglii swoje dwie figurki, które stały jako dekoracja na kominku.

W tych figurkach jest niezwykła prawda. Prawda o życiu - tym prawdziwym, surowym! Bez telewizji, Internetu, smartfonów, itp.

- Bo my teraz żyjemy w innej epoce. Ja jeszcze poznałem Polskę ze świadomością swoją. Chodziłem za Niemców do szkoły, dlatego ja w tej ciężkiej biedzie napatrzyłem się na tych ludzi, ja z nimi żyłem. Poza tym było dużo ludzi kalekich, nie z wojny, tylko tak urodzonych niedołężnie. Ludzie byli biedni. Była to jedna udręka. Prawda - ludzie żenili się, bili na weselach, ale życie było uciążliwe.

Napisał Pan też książkę „Kukułcze jajko”, która jest autobiografią?

- Składa się ona z osiemdziesięciu noweli, w których spisałem wszystko, co dotyczy mnie i mojej rodziny. Prawda potwierdzona. Napisałem ją gwarowym językiem, takim jak u nas mówili. Opisałem całe swoje życie do teraz. Bo o dzisiejszych czasach nie miałbym co pisać. Myśmy - mam na myśli cały kraj i nie tylko Polskę, że myśmy zapomnieli samych siebie, my sztucznie żyjemy według telewizji. My wszyscy do kościoła jedziemy w niedzielę, tylko pytam się po co? – kto żyje na co dzień według obrzędów? Jako młody człowiek napatrzyłem się na przyrodę, miałem na to czas. Mnie nie zawracało głowy: telewizja, bajki jakieś, Internety. Życie było całkowicie oparte na obyczajach, zwyczajach. Agnieszka podobno skowronka wypuszcza z rękawa, czyli będzie cieplej, a na Grzegorza pójdzie zima do morza, a od Wojciecha pociecha - ludzie tym żyli. To wszyscy ludzie wyznawali. Teraz były Zielone Świątki, a gdzie były domy umajone? Przedtem wszyscyśmy mieli obite drzwi do domu zielonymi gałęziami.

Pana bucałki przypominają o tamtych czasach, tamtych ludziach, tamtym życiu.

- Na swoją wystawę napisałem taki wierszyk, bo mnie pytano o te figurki, dlaczego one takie są? Tak ubrane? Takie smutne? Napisałem więc w drodze objaśnienia: „Mało już dzisiaj tamtych sąsiadów, tych wszystkich Jantków, Kasiek i Tomków, stoją tu tylko w brzozie zaklęci, podobni do ludowych świątków”.

Home Top of Page