W szkockim Glasgow zakończyły się mistrzostwa świata w kolarstwie górskim. Trzykrotnie na starcie pojawiała się Paula Gorycka. Największe emocje, niekoniecznie związane z osiągniętym wynikiem, wzbudził u Goryckiej sobotni start w XCO.
To był debiut Pauli Goryckiej w maratonie podczas zawodów rangi mistrzostw świata. Pochodząca z Suchej Beskidzkiej Gorycka zajęła w nim ósme miejsce.
- Startowałam z "doskonałym", sześćdziesiątym numerem, czyli przedostatnim w stawce. Zaliczyłam największy skok w stawce numer-wynik.Do 55. kilometra jechałam w pierwszej grupie, potem troszkę zabrakło - mówi Gorycka.
Kolejnym jej startem był short truck. Gorycka zajęła jedenaste miejsce.
- Rok temu byłam trzynasta w mistrzostwach świata i w tym roku planowałam poprawić tę lokatę. Udało się. Mądra taktyka, świetny sprzęt i odpowiednie przygotowanie sprawiły, że było to możliwe. Dziękuję Andreas (trener klubowy Goryckiej) - napisała w swoich mediach reprezentantka Polski.Reklama
W sobotę Gorycka wyruszyła na trasę cross country. Ostatecznie minęła linię mety jako czterdziesta czwarta zawodniczka.
- Po udanych maratonie i short tracku zaliczyłam gorszy dzień. Na rundzie startowej w jednym z zakrętów zostałam przyblokowana i potem musiałam gonić z końca stawki. Do tego w nogach brakowało mi mocy, którą czułam na poprzednich wyścigach - przyznała.
Po zakończeniu sobotniego wyścigu, Paula Gorycka podzieliła się spostrzeżeniami na temat tras, jakie co chwila są modyfikowane pod kątem trudności i stają się coraz bardziej widowiskowe, ale i niebezpieczne.
- Od dobrych kilku lat rundy dla zawodników cross country budują downhillowcy i endurowcy. Sprawdzają przeszkody, korzystając ze swoich rowerów, które w porównaniu z naszymi, są raczej "pancerne" i doskonale przygotowanych do pokonywania wszelkich wymyślnych przeszkód. Mają też inne zabezpieczenie: pełne kaski, zbroje, ochraniacze. W efekcie otrzymujemy trasy z coraz wyższymi dropami, coraz większymi dziurami między wybiciem i lądowaniem, coraz bardziej stromymi rock gardenami. To, że startujemy w cieniutkiej lycrze i w stosunkowo niewiele osłaniającym kasku to jedno. Drugie to, że przez półtorej godziny, gdy się ścigamy, ekwilibrystykę na zjazdach musimy zaprezentować tuż po tym, jak z maksymalną intensywnością pokonamy kolejny podjazd. Co więcej, w każdy weekend mierzymy się z inną trasą i ze zmiennymi warunkami pogodowymi, co wymaga od nas zdolności do błyskawicznego dostosowania się do nowej rundy, a kobiety i mężczyźni ścigają się na tych samych pętlach. Nie kojarzę innego sportu, który byłby tak wymagający, a szanuję i kibicuję wielu różnym zawodnikom. Zastanówmy, się czy chociażby pływanie, lekkoatletyka lub narciarstwo biegowe nie wzbudzają w kibicach ogromnych emocji? Wzbudzają. A jednak nie "ubogaca się" formuły rywalizacji – pływacy nie muszą przepływać podwodnych przeszkód, sprinterzy nie przeskakują ognistych obręczy, a biegacze narciarscy jednak nie mają na trasach uskoków… Rozumiem, że nasz sport w ostatnich latach mocno się zmienił. Techniczny poziom zawodników poszybował w górę, a rowery są lepiej przystosowane do pokonywania przeszkód. Uważam jednak, że granica zdrowego rozsądku w budowaniu rund dla XCO została przekroczona. Trasa w Szkocji zebrała swoje żniwo. Zastanawiam się, czy aby zatrzymać trend, w którym z cross country robi się drugi downhill, ale przeplatany morderczymi podjazdami, ktoś znowu musi stracić życie… (Meribel, 23.08.2014, Annefleur Kalvenhaar †) - napisała Paula Gorycka.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze