Gdzie można posłuchać znakomitej muzyki chłodnym, marcowym wieczorem w zamkowej sali przy rozpalonym kominku w pełnej ciepła atmosferze? Gdzie można zanurzyć się w dźwiękowej magmie, wykonywanej przez emanujących pozytywną energią i zapałem młodych muzyków? Gdzie można w końcu doświadczyć bezpośredniego zetknięcia się minionego mistrzostwa z nieokiełznanym powiewem nowości?
Odpowiedź jest jedna – tylko na „małym Wawelu”.
19 marca 2016 roku słuchacze zasiadający na widowni, poświęcając jeden z sobotnich wieczorów, byli świadkami niezapomnianego koncertu na Zamku w Suchej Beskidzkiej. Już wchodząc dało się odczuć pełną magii atmosferę Sali rycerskiej, z płomieniami buchającymi z kominka kunsztownie zdobionego herbami rodów zamieszkujących niegdyś tę rezydencję. Kilka minut po godzinie dziewiętnastej w pierwszej – kameralnej części muzycznej uczty wystąpił duet flet – harfa. Flecistka Adrianna Mętel oraz harfista Adrian Nowak, studenci Akademii Muzycznej w Krakowie, zaprezentowali nie tylko przygotowany repertuar, ale także dali świadectwo swego niezaprzeczalnego talentu, dopełniając się wzajemnie jak na duet przystało.
Kompozycjami scalającymi część kameralną koncertu były dzieła kompozytorów francuskich – Éric`a Satie oraz Jacques`a Iberta. Słuchacze mieli, zatem okazję do zapoznania się z kompozycją Satie, będącego inspiracją dla awangardy kompozytorskiej rodzącej się w pierwszej połowie XX wieku we Francji – grupy kompozytorskiej – Les Six, lecz także i kompozytorem znacznie poza działania te wybiegającym – Ibert`em, znanym dziś powszechnie z wielkiego zamiłowania do fletu, głównie za sprawą wybitnego Koncertu fletowego. W kręgu modernistycznym pozostaje także następna kompozycja zaprezentowana tego wieczoru. Haru no umi Michio Miyagi w aranżacji Josefa Molnara, wykonana przez solistów z wielką precyzją w zakresie doboru środków oraz barw imitujących tradycyjną muzykę japońską. W centralnym miejscu tej części spotkania, młodzi wirtuozi wykonali Trzy fragmenty na flet i harfę Witolda Lutosławskiego. Za sprawą tych trzech miniatur publiczność miała okazję do usłyszenia dzieł, dla których inspiracją stały się tłumaczenia antycznych mitów znanego wszystkim Jana Parandowskiego. Także tu soliści wykonywali muzykę kojarzoną z daną kulturą, w tym wypadku – kulturą starożytnej Grecji. Wykonaniem tego dzieła młodzi artyści, być może nieświadomie, zasugerowali z jak starymi instrumentami mamy do czynienia, udowadniając jednocześnie, iż wspaniale można wykorzystywać je jeszcze dziś w muzyce nowej, nie odkrywając ich możliwości do końca, intrygując wciąż na nowo.
Po krótkiej przerwie na scenę wkroczyli liczni muzycy orkiestry. Większość młodych artystów związana z Kołem Kameralistów Akademii Muzycznej w Krakowie nie muzykuje wspólnie, na co dzień, zjednoczyli się wspólnie w celu muzykowania na suskim koncercie, co z pewnością dodawało uroku całemu przedsięwzięciu. Za pulpitem dyrygenckim stanął Joachim Kołpanowicz, student krakowskiej Akademii Muzycznej pełen różnorodnych zainteresowań na gruncie muzyki – teorii, ale także dziedzin znacznie poza nią wykraczających – estetyki, filozofii. Słuchacze znów mogli posłuchać duetu fletowo-harfowego, tym razem jednak w tle akompaniowała osobliwa orkiestra symfoniczna. Jako pierwszy w tej części koncertu soliści wykonali utwór zatytułowany Aisling, skomponowany przez współczesnego irlandzkiego kompozytora Michael’a McGlynn’a. Spokojne, pełne liryczności dźwięki wciąż powtarzanego przez flet tematu głównego kompozycji oraz nastrojowy akompaniament orkiestry wraz z harfą, pozwoliły zapewne niejednemu słuchaczowi wznieść się, chociaż na chwilę poza granice codzienności. Nieco drastycznym skokiem przez muzyczne stulecia, artyści zaprezentowali następnie Andantino z Koncertu na flet i harfę KV 299 Wolfganga Amadeusza Mozarta. Owa drastyczność epokowego przeskoku między kompozycjami nie była finalnie odczuwalna. Przed rozpoczęciem koncertu podsłuchując rozmowę słuchaczy siedzących obok dało się odczuć pewnego rodzaju „oczekiwanie na Mozarta”, który przecież znany jest każdemu, jak nie z muzyki to przynajmniej z nazwiska. Był to, zatem ukłon młodych artystów w stronę publiczności, która wyczekiwała dzieła kompozytora, którego dokładnie kojarzyła. Kompozycja ta stała się także kolejnym przystankiem na osi rozwoju muzyki na flet i harfę od antyku przez klasycyzm aż po nowożytność. O tym, że mistrzostwo Mozarta daje się poznać jeszcze dobitniej w większości jego kompozycji koncertowych, szczególnie zaś w częściach wolnych, nie trzeba przekonywać. Jak zatem poradzili sobie z nim młodzi artyści? Zadziwiającą była elastyczność wykonawców, którzy dowiedli, że, bez problemu mogą poradzić sobie z dziełem już nie tak bliskim, wykorzystującym nieco ahistoryczne dziś formuły kompozytorskie. Mistrz Mozart był także nie tylko sprawdzianem możliwości technicznych gry na instrumencie, ale także swoistym testem wrażliwości muzycznej, który zarówno soliści jak i orkiestra minionego wieczoru zaliczyli z wynikiem wspaniałym, o czym świadczyły chociażby żywe oklaski po wykonaniu. Uwagę zwracała czarująca kadencja solistów, pełna subtelności, lecz także lekkiego dramatyzmu w jej środkowej części.
Akoladą spinającą część symfoniczną z kameralną koncertu stała się po raz kolejny muzyka kompozytorów francuskich. Claire de lune Claude Debussy’ego oraz Pavane pour une infante dèfunte Maurice Ravel’a wykonane przez orkiestrę widocznie intrygowały publiczność, będąc dla wielu słuchaczy nadal czymś nowym za sprawą przeniesienia ciężaru na kolorystykę brzmienia. Po nich na estradzie, po raz trzeci pojawili się soliści prezentujący aranżacje tematów muzyki filmowej Joe Hisaishi’ego. Wykonanie ścieżek dźwiękowych z filmów Podniebna poczta Kiki czy Kikujiro, stanowiło odprężenie po poważnym, tradycyjnym repertuarze, było także przygotowaniem do finalnego Koncertu na harfę i orkiestrę op. 117 Michaela Conway Baker’a.
Zachwycający, niesamowity. Tak w dwóch słowach można opisać Koncert na harfę i orkiestrę op. 117 powstały w 2000 roku, najmłodszej kompozycji wykonywanej na minionym spotkaniu. Pod względem wyrazu dzieło to było całkiem odmienna od tego, co zostało wykonane na koncercie wcześniej. Część pierwsza przepełniona niepokojem a zarazem delikatnością. Posługująca się środkami wykonawczymi typowymi dla harfy – flażoletami, szybkimi glissandami. Czarujący prosty jednogłosowy temat w części drugiej rozwijany stopniowo w różnych wariantach z towarzyszeniem także fletów. W końcu część ostatnia i przełamanie formy całego koncertu. Nagły zwrot, kontrast, przeciwstawienie delikatności poprzednich części wyrazistości i stopniowemu kumulowaniu ostrości rytmu Siguiriyas – jednej z form muzyki flamenco, wyraźne współzawodniczenie harfisty z orkiestrą. Wykonanie równie ciekawe, pełne żywiołowości oraz emanujące energią.
Wszyscy zgromadzeni w ten chłodny marcowy wieczór na Zamku w Suchej Beskidzkiej, byli świadkami wykonywania muzyki zrodzonej z czystej chęci muzykowania, dalekiej od niszczącego sztukę zysku czy też nużącego instytucjonalizmu niektórych zespołów wykonawczych. Młodzi soliści komunikowali się wzajemnie nie tylko pomiędzy sobą, ale za sprawą wykonywanej muzyki także z licznie przybyłą widownią, której z pewnością nie prędko będzie dane skosztować podobnych przeżyć, zaserwowanych przez pełnych dynamizmu i energii wirtuozów. Prezentowane dzieła, jak starałem się wcześniej podkreślić łączyły się w całość mimo dzielących je czasem stuleci. W suskim Zamku można było posłuchać Koncertu harfowego Bakera zestawionego obok Koncertu KV 299 Mozarta, i wcale to zestawienie nie raziło, wręcz rozszerzało horyzonty – pozwalało jeszcze w większym stopniu poznać wykonywane dzieła.
Hubert Szczęśniak
20 marca 2016 r.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze