Reklama


Miłość na bocznicy życia

24/12/2019 08:36

Gdy 17 lat temu Beata Marszalik zamieszkała w Domu Pomocy Społecznej w Łętowni, była załamana. Sądziła, że jedyne, co ją tam czeka, to pozbawiona nadziei egzystencja. Taką samą traumę przeżył Jan Kurek, który trafił do placówki w 2015 roku. Ale właśnie w tym, tak z początku strasznym dla nich miejscu, obydwoje poznali smak miłości i znaleźli prawdziwe szczęście.

 

Pochodząca z Lubnia Beata Marszalik od urodzenia miała pod górkę. Zmagała się z mózgowym porażeniem dziecięcym, toteż każdy jej dzień wypełniony był walką ze słabościami własnego ciała. Dzięki żmudnej rehabilitacji, nauczyła się mówić, chodzić i wykonywać proste czynności, ale nie udało jej się osiągnąć takiej sprawności ruchowej, by kiedykolwiek mogła zamieszkać sama i radzić sobie bez pomocy innych osób. Miała niewiele ponad 30 lat, gdy musiała podjąć trudną decyzję o znalezieniu dla siebie miejsca w placówce, w której zostanie otoczona odpowiednią opieką. Udało jej się dostać do Domu Pomocy Społecznej w Łętowni, niedaleko jej rodzinnej miejscowości. Pierwsze spędzone tam lata były dla niej koszmarem. Czuła się wydarta z własnego środowiska, dręczyło ją poczucie życiowej klęski, a przygnębiająca atmosfera panująca w ośrodku bynajmniej nie pomagała jej uporać się z negatywnymi emocjami. Kobieta nie ukrywa, że niekiedy próbowała topić smutki w alkoholu. Z czasem przyzwyczaiła się do nowych warunków i nawiązała przyjaźnie z innymi pensjonariuszami, ale wciąż z tęsknotą wspominała dawne życie. Wszystko zmieniło się jesienią 2015 roku, gdy do DPS-u przyjechał Jan Kurek. Mężczyzna był równie zagubiony i przerażony, jak kiedyś ona, lecz mimo to obudził w Beacie coś, o czym nawet nie wiedziała, że jeszcze w niej tkwi – nadzieję na miłość.

Reklama

Jan Kurek cierpi na dystrofię mięśniową, czyli zanik mięśni. Gdy po śmierci rodziców został sam na świecie, był jeszcze w miarę samodzielny, ale nieubłagany postęp choroby przykuł go do wózka inwalidzkiego i powoli odbierał mu władzę w rękach. – W końcu przyszła zima tak dla mnie trudna, że drugiej takiej już bym nie przetrwał. Dlatego, po ośmiu latach samotnego życia, podjąłem rozpaczliwą decyzję, aby zamieszkać w domu pomocy społecznej. Wybrałem ten w Łętowni. Najpierw przyjechałem tu na rekonesans i wtedy wszystko wydawało mi się piękne, ale mimo to, gdy w kilka tygodni później zostałem w DPS-ie na stałe, okazało się to dla mnie kolosalnym wstrząsem. Dzieliłem pokój z panem słabo zorientowanym w rzeczywistości i zachowującym się w sposób bardzo odbiegający od tego, do czego byłem przyzwyczajony. Czułem, że jestem na bocznicy życia i trudno mi było się w tym odnaleźć, ale pomogła mi Beatka, która od początku wzięła mnie pod swoje opiekuńcze skrzydła – opowiada mężczyzna. Po kilku rozmowach, kobieta zaprosiła Jana na kawę do pokoju, w którym mieszkała z inną pensjonariuszką. Wkrótce spotkania przy tym aromatycznym napoju stały się ich codziennym wieczornym rytuałem. – Wszyscy dookoła wiedzieli, co się święci – opiekunki i pensjonariusze. Tylko Jaś naiwnie sądził, że po prostu mi go żal – śmieje się Beata.

Jak przyznaje Jan Kurek, długo nie miał pojęcia, iż kobiecie chodzi o coś więcej niż tylko przyjaźń. Był kompletnie ślepy na wysyłanie przez nią sygnały, dopóki sam nie poczuł, jak bardzo bliska mu się stała. A jego uczucie rozwijało się powoli. Dopiero po ponad roku znajomości zrozumiał, że to miłość. Wtedy postanowił poprosić Beatę o rękę. – Kochałam go, ale mimo to dręczyły mnie wątpliwości, czy zdecydować się na taki krok. Miałam już czterdzieści pięć lat i nigdy nie byłam mężatką. Jednak w sylwestra dwa tysiące szesnastego roku przełamałam się. Uznałam, że ślub będzie najlepszym rozwiązaniem, bo po nim dostaniemy wspólny pokój i nie będziemy już musieli szukać chwil, by pobyć sam na sam ze sobą – wspomina kobieta. Jan też nie był w stu procentach pewny, czy ich związek ma szanse powodzenia. – Niepokojące dla mnie było to, że Beatka jest osobą bardzo impulsywną i emocjonalną, źle znosi sprzeciw. Czasem prowadziło to do poważnych nieporozumień między nami – wyznaje.

Reklama

Zanim stanęli na ślubnym kobiercu, musieli dojść do kompromisu w sprawie miejsca, w którym zostaną połączeni węzłem małżeńskim. Jan jest ateistą, toteż oczywistym wyborem dla niego był urząd stanu cywilnego. Z kolei Beata, jako żarliwie wierząca katoliczka, nie wyobrażała sobie innego ślubu niż kościelny. – Mówiła, że bez tego nie byłaby w porządku wobec Jezusa, a ja chciałem, aby miała spokojne sumienie i to mnie przekonało, abyśmy jednak pobrali się przed ołtarzem. Uzyskaliśmy dyspensę od biskupa i nawet tak się pięknie udało, że dwóch duchownych koncelebrowało nasze nabożeństwo ślubne. Jednym był ksiądz proboszcz z Łętowni, a drugim zaprzyjaźniony jezuita, ojciec Władysław, który czterdzieści lat spędził w Zambii – opowiada Jan. Małżonkowie z rozrzewnieniem wspominają zarówno samą ceremonię zawarcia związku małżeńskiego, która odbyła się w kaplicy DPS-u, jak i przyjęcie weselne. Była to bowiem jedna z niewielu okazji, gdy w placówce zapanowała powszechna radość. – Nawet w Święta Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy ludzie tutaj są zgorzkniali i narzekają na swój los. Ale wtedy autentycznie cieszyli się naszym szczęściem. Atmosfera była wspaniała, jak nigdy wcześniej ani później, przy żadnej innej okazji – zapewnia Jan.

Kurkowie są już ponad dwa lata po ślubie i dziś stanowią nadzwyczaj zgodną parę. Jednak nie zawsze tak było. Gdy zamieszkali w jednym, dość ciasnym pokoju, okazało się, że sporo ich dzieli i niełatwo im będzie pogodzić różnice temperamentów oraz odmienne, ugruntowane przez lata nawyki. - Nieraz musiałem schować dumę do kieszeni i zacisnąć zęby, żeby było dobrze. A klimat miejsca, w którym żyjemy, też nie sprzyja miłości. Przychodzą tu ludzie samotni lub odtrąceni przez rodzinę, czasem bardzo skrzywdzeni przez los. Życie w ośrodku jest dla nich pozbawioną głębszego sensu wegetacją. To nie mogło pozostać bez wpływu na nasze szczęście. Ale fakt, że mamy siebie nawzajem, stał się odtrutką na powszechnie panujące tutaj przygnębienie – podkreśla Jan, zaś jego żona dodaje: – Pierwsze półtora roku naszego małżeństwa było trudne, czasem nawet bardzo. Zdarzały się nam sytuacje niemal nie do wytrzymania, które jednak udało nam się przezwyciężyć. Teraz już nie wyobrażam sobie, abyśmy mogli żyć osobno. Kocham Jasia ponad życie i cieszę się tym, że po prostu jest.

Reklama

Edyta Łepkowska

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo Sucha24




Reklama
Reklama

 

Reklama
Reklama