Powiedzenie mówi, że wiek jest tylko cyfrą w dowodzie osobistym. Wiele osób w to powątpiewa, ale nie pochodzący z Grzechyni 57-letni Janusz Sarnicki, który nie patrzy w metrykę. Na przekór przeciwnościom losu od najmłodszych lat biega, specjalizując się w biegach długodystansowych.
W dzieciństwie Janusz Sarnicki, jak wiele dzieci, przeszedł zapalenie płuc. W jego przypadku choroba pozostawiła po sobie poważne skutki. Grzechynian zaczął zmagać się z astmą, która objawiała się silnymi napadami duszności. Dla jednych lekarzy sprawa była oczywista. Uprawianie sportu w takim stanie jest po prostu niemożliwe. Drudzy uznali wręcz, że to właśnie sport jest tym lekarstwem, które pozwoli odzyskać zdrowie. I na szczęście on sam, jak i jego rodzice posłuchali tych drugich.
Początkowo Janusz Sarnicki uprawiał futbol, występując przez dwa lata w młodzikach miejscowego Gromu. Kariera w tej dyscyplinie sportu nie była mu jednak pisana. Wszystko za sprawą przenosin do Krakowa i nauki w tamtejszym Technikum Budowlanym. Pracujący w nim nauczyciel przysposobienia obronnego w stopniu pułkownika zaproponował swoim uczniom udział w zawodach „Sprawny jak żołnierz”. Składały się na nie test z wiedzy, rzut granatem i bieg na kilometr. O ile dwie pierwsze konkurencje nie wzbudzały większych emocji, tak ostatnią z uwagą śledzili trenerzy krakowskich klubów, szukający utalentowanych lekkoatletów. Swoim dobrym występem Sarnicki zwrócił na siebie uwagę Henryka Szordykowskiego, pięciokrotnego mistrza Europy w biegu na 1500 metrów. Szkoleniowiec zaproponował mu starty w barwach WKS Wawel Kraków.
Pierwsze koty za płoty
W swoich młodzieńczych latach Janusz Sarnicki próbował swoich sił w biegach na 800 i 1500 metrów. Zaskakujący okazał się jednak bieg na 5 km, gdzie zdobył tytuł mistrza okręgu. To było dla niego znaczące przeżycie. - Im dłuższy dystans, tym czułem się lepiej - wspomina tamte dni Janusz Sarnicki, który z czasem trafił pod skrzydła trenera Henryka Polaka. Zaczął przygotowywać się do biegów na 10 km, a jak pokazała przyszłość, były to podwaliny pod budowanie wytrzymałości na biegi maratońskie (ukończył ich 127, z których 20 wygrał, a w 50 stawał na podium).
Zadebiutował w tej konkurencji 29 maja 1985 roku, biorąc udział w Maratonie Pokoju w Warszawie. Start okazał się mało udany. Zajął 196. miejsce, osiągając czas 3:04:20. - Narzuciłem sobie na początku zbyt ostre tempo. Na 30 km miałem już ciemno przed oczami. Byłem zniechęcony, ale udało mi się dobiec do końca – wspomina debiut Janusz Sarnicki.
Podczas jednej z podróży na zawody, na nieistniejący już stadion X-lecia, spotkał doświadczonego maratończyka Stanisława Osińskiego, który zaczął go pytać o plany na bieg. Janusz powiedział, że chce osiągnąć czas 2 godziny i 40 minut. Osiński zaproponował, że pobiegną razem, ale po 5 km ambitny grzechynianin nie zapanował nad głową i przyspieszył. Mimo to, do 20 km wszystko szło dobrze. Na 30 km Osiński jednak już go dogonił i doradził, żeby zwolnił. Sarnicki tym razem posłuchał. Rok później podczas Maratonu Wrocławskiego udało mu się uzyskać znacznie lepszy czas niż w Warszawie (2:38:02), a w październiku w Budapeszcie poprawił swój rekord o kolejne 10 minut. - Cały czas się rozwijałem. Ukończyłem szkołę. Zaproponowano mi służbę zawodową, ale wróciłem do Suchej i podjąłem pracę w sklepie. Gdybym przyjął tamtą ofertę, to teraz byłbym już emerytem – zauważa 57-latek.
Janusz Sarnicki pracował w sklepie przez całe tygodnie, a w weekendy amatorsko brał udział w zawodach, poświęcając swój wolny czas i często znaczne środki finansowe. To były inne czasy. Zawodnicy sami musieli organizować swoje starty. Grzechynianin specjalizował się głównie w biegach na 10 km i półmaratonach. Podczas jednych z zawodów został dostrzeżony przez trenerów z Ekspresu Katowice. Jego szkoleniowcem został Paweł Lorens, ale to kierownik klubu, Wacław Piątkowski, stworzył warunki dla zawodników, umożliwiając im rozwijanie pasji i wykorzystywanie talentu.
Występy w katowickim klubie były dla grzechynianina bardzo udane. Dwukrotnie (w 1997 roku w Almerii i rok później w Lizbonie) zdobył trzecie miejsce w drużynowym Pucharze Europy w półmaratonie, wspólnie z kolegami z drużyny. Kilka razy próbował swoich sił w Międzynarodowym Biegu Ulicznym po Ziemi Makowskiej, ale nigdy nie udało mu się go wygrać. Jego najlepszym wynikiem było trzecie miejsce. W tamtym okresie w makowskim biegu startowali czołowi polscy zawodnicy, a sama impreza miała przez to bardzo wysoką rangę. W Makowie Podhalańskim na listach startowych znaleźć można nazwiska tak uznanych średnio i długodystansowców jak Wołodia Kotow (z Białorusi) – czwarty zawodnik Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku, Leszek Bebło (ówczesny szósty na światowych listach maratończyków) oraz medalistów Mistrzostw Polski: Leszek Kasprzyk, Józef Kazanecki, Mirosław Gołębiewski, Paweł Lorens, Grzegorz Głogosz, Marek Sukiennik.
Trzeba było ruszyć w świat
Gdy Janusz Sarnicki odnosił swoje największe triumfy, sytuacja finansowa w Polsce wyglądała zupełnie inaczej niż dziś. Śląskie kluby, z którymi kolejno był związany upadały. Zakotwiczył wówczas w MOK Mszana Dolna, któremu jest wierny do dziś. Jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że tylko udział w międzynarodowych, zagranicznych biegach pozwoli mu nie tylko cieszyć się ze swoich sukcesów, ale także przyniesie korzyści finansowe. Miał dwóch menadżerów, którzy organizowali starty na całym świecie. - Paliwo było wtedy bardzo drogie, a często trzeba było pokonać spore odległości, żeby wziąć udział w zawodach. Oni płacili za wszystko. Zapewniali mi komfort – wspomina zwycięzca dwudziestu maratonów.
Maratończyk prowadzi dokładną analizę swoich występów, tworząc ranking 100 najlepszych startów (odrzucił jedynie 27 z nich). Wynika z niej, że osiągnął średnią czasu 2:28:23, a w przypadku 50 najszybszych biegów był to czas 2:23:23. Jak twierdzi tak znakomitej średniej nie ma żaden inny maratończyk w naszym kraju. Opowiadając o swoich rekordach, Sarnicki wspomina średnią czasu 2:21:14 dla dwudziestu najszybszych biegów, 2:20:08 dla dziesięciu z nich, a rekord życiowy ustanowiony w 1996 roku w Warszawie to 2:18:38. Trzy lata później, z czasem 2:25:28, wygrał maraton w niemieckim Rodenbach, ale nawet po przekroczeniu mety nie zakończył swoich zmagań. Pobiegł dalej, biorąc udział w rozgrywanym równolegle biegu na 50 km, który także wygrał, ustanawiając rekord Niemiec i Polski na tym dystansie (2:53:05). W nagrodę miał otrzymać nowiutkiego peugeota, ale jego ściągnięcie do Polski było nieopłacalne. Na szczęście dyrektor salonu zgodził się wypłacić równowartość pojazdu. Sarnicki zarabiał wówczas kilkaset złotych, a jako wygraną otrzymał 17,5 tys. marek.
Opowiadając o występach za Odrą, Janusz Sarnicki wciąż ma w pamięci także niemal każdy metr maratonu w Aarhus, a w szczególności jego ostatnie kilometry. W tych zawodach jego najgroźniejszym rywalem okazał się jeden z afrykańskich biegaczy. Długo pokonywali trasę razem, ale w pewnym momencie konkurent odskoczył. – Musiałem zachować spokój i biec swoje. W takiej sytuacji to jest trudne, ale zapanowałem nad emocjami. Przyśpieszyłem wtedy, kiedy uznałem, że nastąpił czas finiszu. Szybko przekonałem się, że rywal przeszarżował. Z metra na metr tracił siły. Gdy go doszedłem widziałem w jego oczach, że ma po prostu dość. Byłem wtedy już pewny, że z nim wygram – opowiada Janusz Sarnicki, który na mecie okazał się lepszy o najgroźniejszego konkurenta o 8 sekund.
Pochodzący z Grzechyni biegacz przyznaje, że najlepiej biega się w chłodne dni, ale jemu upały nie przeszkadzają. Owszem, o rekordy wówczas trudno, ale -jak mówi- radzi sobie w takich warunkach nawet lepiej od wielu specjalistów od maratonów rodem z Afryki.
W XXI wieku Janusz Sarnicki najczęściej rywalizował w… Stanach Zjednoczonych, do których wyjeżdżał zawodowo. Upływający czas i obowiązki ograniczające czas na treningi spowodowały, że na trasach maratonów zaczął pojawiać się znacznie rzadziej (wcześniej startował w nich 8-9 razy w roku), a wybierał zmagania na krótszych dystansach. Niemniej to w Stanach Zjednoczonych jest jego jedna z najbardziej ulubionych tras maratońskich. Mowa o Marathon Niagara Falls. Start znajduje się w Buffalo w USA i biegnie się w kierunku amerykańskiej strony wodospadu, a meta jest w Niagara Falls w Kanadzie. Grzechynianin startował tam dziewięć razy. Co prawda nigdy nie wygrał, ale w 2008 roku zajął trzecie miejsce, a rok później był drugi.
Ze względu na piękno otaczającej przyrody, Janusz Sarnicki zachwycony jest także do dziś był maratonem w Anchorage na Alasce. A zajęcie w takich okolicznościach drugiego miejsca było dodatkową nagrodą. Bo już sam start był wielkim przeżyciem.
W ostatnich latach Janusza Sarnickiego można było zobaczyć między innymi na 10-kilometrowej trasie Memoriału Pawła Lorensa w Tychach (17.03.2019), który ukończył na trzecim miejscu w swojej kategorii, a 21 września tego samego roku wygrał w swojej kategorii Maraton w Dayton, organizowany na terenie jednej z największych baz wojskowych w Stanach Zjednoczonych. Zaledwie osiem dni później wygrał bieg na 5 km w Chicago. W 2020 roku zajął trzecie miejsce w swojej kategorii w biegu na 10 km w Tatrzańskiej Łomnicy i takie samo na 20 km w Świdniku na Słowacji (5.08). Wystartował też ponownie w Memoriale Pawła Lorensa (20.08), zajmując drugie miejsce w kategorii wiekowej. W 2021 roku rywalizował w biegu sztafetowym w Lažhot w Czechach, zajmując drugie miejsce oraz ponownie odwiedził Tychy, kończąc tym razem zmagania na trzecim miejscu w kategorii.
Janusz Sarnicki rodzinną Grzechynię zawsze opuszczał wiosną i wracał do niej jesienią. W 2020 roku z powodu pandemii koronawirusa nie dane było mu wylecieć do Stanów Zjednoczonych. Skupił się więc na treningach. Od 20 grudnia 2019 roku, bez względu na kaprysy aury, dzień w dzień robił sobie krótsze i dłuższe przebieżki. Tylko w maju przebiegł 550 km. Każdego dnia pokonywał 15-20 km po Grzechyni i okolicznych miejscowościach, a raz w tygodniu wydłużał dystans do 30 km. – Człowiek wpadł w reżim treningowy i po prostu źle się czuje gdy nie wyjdzie na trening. Wręcz czegoś mu brakuje. Systematyczność to podstawa dla początkujących. Gdy już się zacznie to potem wchodzi to w nawyk – zauważa.
Od trzech lat Janusz Sarniki pracuje w Norwegii w firmie Norweskiej Straye. Bierze obecnie udział w realizacji siódmego zamówienia jako podwykonawca firmy Skanska. Wraz z resztą załogi wznosi w Stavanger trzypiętrowe centrum handlowe. – Teraz na treningi nie mam zbyt wiele czasu, ale staram się znaleźć czas na bieganie. Gdy mam wolne to biegam każdego dnia – przyznaje otwarcie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze