Reklama


Biegiem przez życie. Janusz Sarnicki się nie zatrzymuje

05/10/2023 11:33

Powiedzenie mówi, że wiek jest tylko cyfrą w dowodzie osobistym. Wiele osób w to powątpiewa, ale nie pochodzący z Grzechyni 57-letni Janusz Sarnicki, który nie patrzy w metrykę. Na przekór przeciwnościom losu od najmłodszych lat biega, specjalizując się w biegach długodystansowych.

W dzieciństwie Janusz Sarnicki, jak wiele dzieci, przeszedł zapalenie płuc. W jego przypadku choroba pozostawiła po sobie poważne skutki. Grzechynian zaczął zmagać się z astmą, która objawiała się silnymi napadami duszności. Dla jednych lekarzy sprawa była oczywista. Uprawianie sportu w takim stanie jest po prostu niemożliwe. Drudzy uznali wręcz, że to właśnie sport jest tym lekarstwem, które pozwoli odzyskać zdrowie. I na szczęście on sam, jak i jego rodzice posłuchali tych drugich.

Początkowo Janusz Sarnicki uprawiał futbol, występując przez dwa lata w młodzikach miejscowego Gromu. Kariera w tej dyscyplinie sportu nie była mu jednak pisana. Wszystko za sprawą przenosin do Krakowa i nauki w tamtejszym Technikum Budowlanym. Pracujący w nim nauczyciel przysposobienia obronnego w stopniu pułkownika zaproponował swoim uczniom udział w zawodach „Sprawny jak żołnierz”. Składały się na nie test z wiedzy, rzut granatem i bieg na kilometr. O ile dwie pierwsze konkurencje nie wzbudzały większych emocji, tak ostatnią z uwagą śledzili trenerzy krakowskich klubów, szukający utalentowanych lekkoatletów. Swoim dobrym występem Sarnicki zwrócił na siebie uwagę Henryka Szordykowskiego, pięciokrotnego mistrza Europy w biegu na 1500 metrów. Szkoleniowiec zaproponował mu starty w barwach WKS Wawel Kraków.

Reklama

Pierwsze koty za płoty

W swoich młodzieńczych latach Janusz Sarnicki próbował swoich sił w biegach na 800 i 1500 metrów. Zaskakujący okazał się jednak bieg na 5 km, gdzie zdobył tytuł mistrza okręgu. To było dla niego znaczące przeżycie. - Im dłuższy dystans, tym czułem się lepiej -  wspomina tamte dni Janusz Sarnicki, który z czasem trafił pod skrzydła trenera Henryka Polaka. Zaczął przygotowywać się do biegów na 10 km, a jak pokazała przyszłość, były to podwaliny pod budowanie wytrzymałości na biegi maratońskie (ukończył ich 127, z których  20 wygrał, a w 50 stawał na podium).

Reklama

Zadebiutował w tej konkurencji 29 maja 1985 roku, biorąc udział w Maratonie Pokoju w Warszawie. Start okazał się mało udany. Zajął 196. miejsce, osiągając czas 3:04:20. - Narzuciłem sobie na początku zbyt ostre tempo. Na 30 km miałem już ciemno przed oczami. Byłem zniechęcony, ale udało mi się dobiec do końca – wspomina debiut Janusz Sarnicki.

Podczas jednej z podróży na zawody, na nieistniejący już stadion X-lecia, spotkał doświadczonego maratończyka Stanisława Osińskiego, który zaczął go pytać o plany na bieg. Janusz powiedział, że chce osiągnąć czas 2 godziny i 40 minut. Osiński zaproponował, że pobiegną razem, ale po 5 km ambitny grzechynianin nie zapanował nad głową i przyspieszył. Mimo to, do 20 km wszystko szło dobrze. Na 30 km Osiński jednak już go dogonił i doradził, żeby zwolnił. Sarnicki tym razem posłuchał. Rok później podczas Maratonu Wrocławskiego udało mu się uzyskać znacznie lepszy czas niż w Warszawie (2:38:02), a w październiku w Budapeszcie poprawił swój rekord o kolejne 10 minut. - Cały czas się rozwijałem. Ukończyłem szkołę. Zaproponowano mi służbę zawodową, ale wróciłem do Suchej i podjąłem pracę w sklepie. Gdybym przyjął tamtą ofertę, to teraz byłbym już emerytem – zauważa 57-latek.

Reklama

Janusz Sarnicki pracował w sklepie przez całe tygodnie, a w weekendy amatorsko brał udział w zawodach, poświęcając swój wolny czas i często znaczne środki finansowe. To były inne czasy. Zawodnicy sami musieli organizować swoje starty. Grzechynianin specjalizował się głównie w biegach na 10 km i półmaratonach. Podczas jednych z zawodów został dostrzeżony przez trenerów z Ekspresu Katowice. Jego szkoleniowcem został Paweł Lorens, ale to kierownik klubu, Wacław Piątkowski, stworzył warunki dla zawodników, umożliwiając im rozwijanie pasji i wykorzystywanie talentu.

Występy w katowickim klubie były dla grzechynianina bardzo udane. Dwukrotnie (w 1997 roku w Almerii i rok później w Lizbonie) zdobył  trzecie miejsce w drużynowym Pucharze Europy w półmaratonie, wspólnie z kolegami z drużyny. Kilka razy próbował swoich sił w Międzynarodowym Biegu Ulicznym po Ziemi Makowskiej, ale nigdy nie udało mu się go wygrać. Jego najlepszym wynikiem było trzecie miejsce. W tamtym okresie w makowskim biegu startowali czołowi polscy zawodnicy, a sama impreza miała przez to bardzo wysoką rangę. W Makowie Podhalańskim na listach startowych znaleźć można nazwiska tak uznanych średnio i długodystansowców jak Wołodia Kotow (z Białorusi) – czwarty zawodnik Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku, Leszek Bebło (ówczesny szósty na światowych listach maratończyków) oraz medalistów Mistrzostw Polski: Leszek Kasprzyk, Józef Kazanecki, Mirosław Gołębiewski, Paweł Lorens, Grzegorz Głogosz, Marek Sukiennik.

Reklama

Trzeba było ruszyć w świat

Gdy Janusz Sarnicki odnosił swoje największe triumfy, sytuacja finansowa w Polsce wyglądała zupełnie inaczej niż dziś. Śląskie kluby, z którymi kolejno był związany upadały. Zakotwiczył wówczas w MOK Mszana Dolna, któremu jest wierny do dziś. Jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że tylko udział w międzynarodowych, zagranicznych biegach pozwoli mu nie tylko cieszyć się ze swoich sukcesów, ale także przyniesie korzyści finansowe. Miał dwóch menadżerów, którzy organizowali starty na całym świecie. - Paliwo było wtedy bardzo drogie, a często trzeba było pokonać spore odległości, żeby wziąć udział w zawodach. Oni płacili za wszystko. Zapewniali mi komfort – wspomina zwycięzca dwudziestu maratonów.

Reklama

Maratończyk prowadzi dokładną analizę swoich występów, tworząc ranking 100 najlepszych startów (odrzucił jedynie 27 z nich). Wynika z niej, że osiągnął średnią czasu 2:28:23, a w przypadku 50 najszybszych biegów był to czas 2:23:23. Jak twierdzi tak znakomitej średniej nie ma żaden inny maratończyk w naszym kraju. Opowiadając o swoich rekordach, Sarnicki wspomina średnią czasu 2:21:14 dla dwudziestu najszybszych biegów, 2:20:08 dla dziesięciu z nich, a rekord życiowy ustanowiony w 1996 roku w Warszawie to 2:18:38. Trzy lata później, z czasem 2:25:28, wygrał maraton w niemieckim Rodenbach, ale nawet po przekroczeniu mety nie zakończył swoich zmagań. Pobiegł dalej, biorąc udział w rozgrywanym równolegle biegu na 50 km, który także wygrał, ustanawiając rekord Niemiec i Polski na tym dystansie (2:53:05). W nagrodę miał otrzymać nowiutkiego peugeota, ale jego ściągnięcie do Polski było nieopłacalne. Na szczęście dyrektor salonu zgodził się wypłacić równowartość pojazdu. Sarnicki zarabiał wówczas kilkaset złotych, a jako wygraną otrzymał 17,5 tys. marek.  

Opowiadając o występach za Odrą, Janusz Sarnicki wciąż ma w pamięci także niemal każdy metr maratonu w Aarhus, a w szczególności jego ostatnie kilometry. W tych zawodach jego najgroźniejszym rywalem okazał się jeden z afrykańskich biegaczy. Długo pokonywali trasę razem, ale w pewnym momencie konkurent odskoczył. – Musiałem zachować spokój i biec swoje. W takiej sytuacji to jest trudne, ale zapanowałem nad emocjami. Przyśpieszyłem wtedy, kiedy uznałem, że nastąpił czas finiszu. Szybko przekonałem się, że rywal przeszarżował. Z metra na metr tracił siły. Gdy go doszedłem widziałem w jego oczach, że ma po prostu dość. Byłem wtedy już pewny, że z nim wygram – opowiada Janusz Sarnicki, który na mecie okazał się lepszy o najgroźniejszego konkurenta o 8 sekund.

Reklama

Pochodzący z Grzechyni biegacz przyznaje, że najlepiej biega się w chłodne dni, ale jemu upały nie przeszkadzają. Owszem, o rekordy wówczas trudno, ale -jak mówi- radzi sobie w takich warunkach nawet lepiej od wielu specjalistów od maratonów rodem z Afryki.

W XXI wieku Janusz Sarnicki najczęściej rywalizował w… Stanach Zjednoczonych, do których wyjeżdżał zawodowo. Upływający czas i obowiązki ograniczające czas na treningi spowodowały, że na trasach maratonów zaczął pojawiać się znacznie rzadziej (wcześniej startował w nich 8-9 razy w roku), a wybierał zmagania na krótszych dystansach. Niemniej to w Stanach Zjednoczonych jest jego jedna z najbardziej ulubionych tras maratońskich. Mowa o Marathon Niagara Falls. Start znajduje się w Buffalo w USA i biegnie się w kierunku amerykańskiej strony wodospadu, a meta jest w Niagara Falls w Kanadzie. Grzechynianin startował tam dziewięć razy. Co prawda nigdy nie wygrał, ale w 2008 roku zajął trzecie miejsce, a rok później był drugi.

Reklama

Ze względu na piękno otaczającej przyrody, Janusz Sarnicki zachwycony jest także do dziś był maratonem w Anchorage na Alasce. A zajęcie w takich okolicznościach drugiego miejsca było dodatkową nagrodą. Bo już sam start był wielkim przeżyciem.

W ostatnich latach Janusza Sarnickiego można było zobaczyć między innymi na 10-kilometrowej trasie Memoriału Pawła Lorensa w Tychach (17.03.2019), który ukończył na trzecim miejscu w swojej kategorii, a 21 września tego samego roku wygrał w swojej kategorii Maraton w Dayton, organizowany na terenie jednej z największych baz wojskowych w Stanach Zjednoczonych. Zaledwie osiem dni później wygrał bieg na 5 km w Chicago. W 2020 roku zajął trzecie miejsce w swojej kategorii w biegu na 10 km w Tatrzańskiej Łomnicy i takie samo na 20 km w Świdniku na Słowacji (5.08). Wystartował też ponownie w Memoriale Pawła Lorensa (20.08), zajmując drugie miejsce w kategorii wiekowej. W 2021 roku rywalizował w biegu sztafetowym w Lažhot w Czechach, zajmując drugie miejsce oraz ponownie odwiedził Tychy, kończąc tym razem zmagania na trzecim miejscu w kategorii.

Reklama

Janusz Sarnicki rodzinną Grzechynię zawsze opuszczał wiosną i wracał do niej jesienią. W 2020 roku z powodu pandemii koronawirusa nie dane było mu wylecieć do Stanów Zjednoczonych. Skupił się więc na treningach. Od 20 grudnia 2019 roku, bez względu na kaprysy aury, dzień w dzień robił sobie krótsze i dłuższe przebieżki. Tylko w maju przebiegł 550 km. Każdego dnia pokonywał 15-20 km po Grzechyni i okolicznych miejscowościach, a raz w tygodniu wydłużał dystans do 30 km. – Człowiek wpadł w reżim treningowy i po prostu źle się czuje gdy nie wyjdzie na trening. Wręcz czegoś mu brakuje. Systematyczność to podstawa dla początkujących. Gdy już się zacznie to potem wchodzi to w nawyk – zauważa.

Od trzech lat Janusz Sarniki pracuje w Norwegii w firmie Norweskiej Straye. Bierze obecnie udział w realizacji siódmego zamówienia jako podwykonawca firmy Skanska. Wraz z resztą załogi wznosi w Stavanger trzypiętrowe centrum handlowe. – Teraz na treningi nie mam zbyt wiele czasu, ale staram się znaleźć czas na bieganie. Gdy mam wolne to biegam każdego dnia – przyznaje otwarcie.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo Sucha24




Reklama
Reklama

 

Reklama
Reklama